Ratownicy na Alasce przerwali akcję w miejscu, gdzie rozbił się samolot z Polakami. Jak donosi korespondent RMF FM w USA Paweł Żuchowski, ciał czterech polskich turystów i amerykańskiego pilota prawdopodobnie nigdy nie uda się wydostać z wraku.

Miejsce katastrofy /National Park Service /

Jak poinformowali naszego korespondenta przedstawiciele sztabu, który prowadził operację na wysokości ok. 3200 metrów, blisko wierzchołka masywu górskiego Thunder Mountain, pogarszające się warunki, a także ułożenie wraku spowodowało, że akcja została przerwana. 

Sytuacja jest zbyt niebezpieczna. Samolot czołowo uderzył w lodowiec, wisi nad przepaścią, przełamał się. Jest częściowo pokryty lodem i obciążony śniegiem. Natura robi swoje - powiedział przedstawiciel miejscowych służb.

Wtedy, przez te kilka dni, nasypało dość sporo śniegu, co obciąża samolot, który jest coraz bardziej ryzykownie ustawiony do takiej pozycji, że może spaść w głęboką przepaść i prawdopodobnie to okno pogodowe koło godz. 19:00 może się w ogóle skończyć. Ten komunikat kończy się niestety  jednoznacznie kiepskim przekazem - powiedział Bogdan Kwiatek, przedstawiciel biura które organizowało wyprawę. 

Ratownicy potwierdzili, że w maszynie jest 5 ciał.

To jest na wysokości ponad 3 tysięcy metrów, niedaleko sześciotysięcznika, gdzie warunki pogodowe w tamtym miejscu ja określam jako już zimowe. Samolot jest pęknięty na pół, oderwane jest skrzydło - podkreślił Kwiatek.

Wydano komunikat, który nie pozostawia wątpliwości, że ciał nie uda się, niestety, wydostać. 

Mówi się, że w pobliżu miejsca katastrofy zostanie ustawiony symboliczny nagrobek upamiętniający ofiary tego wypadku. 

(ph)