W Bonn rusza dziś oficjalnie międzynarodowa konferencja, które celem jest ratowanie traktatu z Kioto dotyczącego redukcji emisji szkodliwych gazów powodujących globalne ocieplenie. Wejście w życie porozumień w tej sprawie znalazło się pod znakiem zapytania gdy nowa amerykańska administracja George'a W. Busha odmówiła ich ratyfikacji.

Decyzja Waszyngtonu wywołała falę protestów, a także stała się kolejną - po amerykańskich planach budowy parasola antyrakietowego - kością niezgody między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Jeszcze kilka dni temu klimatyczną konferencję w Bonn, zanim jeszcze rozmowy się zaczęły, spisywano od razu na straty. Jednak jak mówi jej przewodniczący, holenderski minister środowiska Jan Pronk, jest jeszcze nadzieja: "Kiedy przyjechałem do Bonn byłem pesymistycznie nastawiony. Jednak z panującej tu atmosfery i po rozmowach z delegacjami poszczególnych krajów mam wrażenie, że jesteśmy jednak w stanie dojść do porozumienia" – uważa Pronk. Przewodniczący pokłada nadzieje w Japonii. Jeśli Tokio zgodzi się na ratyfikowanie układów z Kioto, sygnatariuszy będzie wystarczająco dużo by porozumienia zaczęły obowiązywać. I mimo że USA, które produkują najwięcej - bo aż 33 procent wszystkich trujących gazów - nie przyłączą się do uzgodnień, to i tak będzie to krok do przodu w walce z efektem cieplarnianym.

Tymczasem globalne ocieplenie może być przyczyną tragicznej sytuacji Tuvalu, małego wyspiarskiego państwa na Pacyfiku. Zagrożony zalaniem przez ocean kraj woła o pomoc. Tuvalu zwróciło się do Australii i Nowej Zelandii by pomogły w przesiedleniu wszystkich, jedenastu tysięcy mieszkańców wysp. W ciągu pięćdziesięciu najbliższych lat Tuvalu przestanie bowiem istnieć - wyspy nie będą się nadawały do zamieszkania z powodu wciąż podnoszącego się poziomu oceanu.

Tuvalu to grupa dziewięciu wysp koralowych w połowie drogi między Australią i Hawajami. Cały kraj ma zaledwie dwadzieścia cztery kilometry kwadratowe, zaś jego najwyższy punkt znajduje się na wysokości pięciu metrów nad poziomem morza.

13:25