Łączy je jedno słowo - mama. Każda z nich ma dzieci, które są dla nich całym światem. Ale droga do tej roli dla każdej była zupełnie inna. Czasem macierzyństwo zaskakuje, bywa, że jest wyczekane. Jednym udaje się go doświadczyć wielokrotnie, innym tylko raz. Marlenie Chudzio udało się poznać cztery niezwykłe kobiety, które zechciały się z nami podzielić swoimi niezwykłymi historiami.
Reakcja pani Sandry Bogomazov na informację, że będzie mamą: naprawdę wielki, wielki szok i przede wszystkim strach.
Trudno było jej zareagować inaczej. Miała tylko 15 lat. Obawiała się reakcji mamy, rodziny, koleżanek w szkole i nauczycieli. Mama zachowała się bardzo wspierająco. Sama zaczęła rozmowę, zaproponowała wizytę u lekarza. Nie była zła, choć martwiła się o przyszłość córki.
Choć pani Sandra była bardzo młoda, to macierzyński instynkt obudził się od razu.
Jak byłam na USG i zobaczyłam dziecko, to od razu zaczęłam w ogóle inaczej myśleć. Już nie myślałam o sobie, tylko przede wszystkim właśnie o córce, która nawet nie przyszła jeszcze na świat. Już myślałam, jak ja muszę ułożyć sobie życie, żeby jej było najlepiej. A wcześniej w ogóle nawet nie myślałam, jaką szkołę skończę, jaką będę miała pracę. Jak byłam na tym USG, to już wtedy miałam taki przebłysk, że ja muszę teraz zaplanować swoją przyszłość - mówi.
Choć nie miała pojęcia o macierzyństwie, słuchała swojego instynktu. Była też bardzo zdyscyplinowana. Dziś jej córeczka ma 10 lat.
Mogę stwierdzić, że dałam radę, bo wszystkie cele, które sobie wyznaczyłam, to wszystko mi się udało. Samej sobie mogę powiedzieć, że dałam radę - przyznaje.
Pani Sandra wyszła za mąż, urodziła jeszcze planowanego synka. Choć doskonale pamięta, że nie wszystkie momenty w historii jej macierzyństwa były łatwe, to kobiecie w swojej sytuacji powiedziałaby dziś:
Żebym po prostu koncentrowała się na sobie i nie brała do siebie opinii innych. Mając piętnaście lat bardzo brałam do siebie, jak inni mnie postrzegają. Bałam się, że będą mnie postrzegali tymi typowymi stereotypami. Zaszłam wcześnie w ciążę, więc nie skończę szkoły, nic ze mnie nie będzie. Będę tylko siedziała w pieluchach. Narodzę jeszcze może piątkę dzieci, a właśnie tak nie jest. Trzeba znać swoją wartość, żeby nie brać tych komentarzy do siebie.
Pani Sandra prowadzi konto na Instagramie. Jak sama mówi: Nie popieram nastoletnich ciąż, bo to nastoletni czas, to na pewno nie jest czas na macierzyństwo, na ciążę. Ale nastoletnie i młode mamy trzeba wspierać. Nie tylko mamy, ale i ojców.
Z perspektywy czasu widzi, jak macierzyństwo ją zmieniło. Dało mi na pewno zaznać takiej prawdziwej, szczerej miłości. I czuje, że mając dzieci, jestem silniejszą kobietą. Wiem, że muszę dla dzieci zrobić wszystko, że nie jestem sama, mam dzieci, dla których wszystko chciałabym jak najlepiej. To jest taka siła w środku, która się obudziła dopiero z macierzyństwem - wskazuje.
Było wielkie niedowierzanie. Też taka wielka obawa, czy ta ciąża się utrzyma, czy to wszystko będzie w porządku. Pamiętam ten pierwszy moment, kiedy bałam się wstać z łóżka, żeby po prostu się coś nie wydarzyło - tak początki swojego macierzyństwa wspomina pani Teresa.
Dodaje, że choć zawsze chciała mieć dzieci, to swojego męża poznała późno. Myśleliśmy, że nie wiadomo, czy to potomstwo przyjdzie, czy nie i czekaliśmy pięć lat, aż się pojawiło - mówi. Gdy urodził się Teodor, pani Teresa miała 51 lat.
Myślę, że każda mama ma, będąc w ciąży swoje obawy i lęki. Natomiast ja, zwłaszcza przez mój wiek, czułam taką obawę, żeby nic się nie stało. Potem rozmawiałam z koleżankami, które mi powiedziały: "witaj w klubie". I powiedziały: "I nie myśl, że to się kiedykolwiek skończy, bo na każdym etapie rozwoju dziecka są jakieś obawy". Wydaje mi się, że to jest takie dosyć naturalne, wynikające z miłości, z odpowiedzialności, z chęci tego, żeby dla tego dziecka wszystko było jak najlepiej - podkreśla.
W pamięci pani Teresy mocno wbił się moment, gdy mogła wziąć syna w ramiona. Zaraz po urodzeniu nie było to możliwe, bo dziecko urodziło się przed czasem i musiało trafić do inkubatora. Za to później ten moment był magiczny: On był taki malutki - nawet teraz mi się chce płakać, jak o tym sobie przypominam - nie wiedziała, że to było takie niezwykłe uczucie. Maleństwo jest już na tym świecie i jest w moich ramionach. Jesteśmy razem.
Mama opisuje z dumą spokój, którym odznacza się Teodor. Kuzyn powiedział, że takich dzieci to można mieć jedenaście - śmieje się pani Teresa i wiąże to ze swoim spokojem, który nadszedł wraz z macierzyństwem.
Generalnie mogę powiedzieć, że moje późne macierzyństwo dało mi ogromny spokój. Gdy w tym momencie jestem w domu z Teodorem, nie mam czegoś takiego, że świat mi ucieka, że świat mi umyka, że moje koleżanki coś robią, robią jakieś kariery, kursy, do czegoś zmierzają, a ja po prostu zostałam zatrzymana w domu z dzieckiem. Ja się w życiu zrealizowałam, zrobiłam to, co chciałam, osiągnęłam to, co chciałam i teraz mogę się naprawdę poświęcić wychowaniu tego dziecka. Nie mam w sobie jakichś takich stresów i lęków życiowych - przyznaje.
Gdy patrzy wstecz, wie, że warto mieć nadzieję i odwagę marzyć. Spotykała się wielokrotnie z przykrymi słowami dotyczącymi swojego macierzyństwa. Pytano ją o rosnące z wiekiem matki zagrożenie chorobami i wadami genetycznymi u dziecka. Kobiety w podobnej sytuacji jak jej zachęca do odwagi.
Każda historia jest inna. Ale jeżeli mają w sercu pragnienie potomstwa, to żeby nie poddawały się w staraniu o to. Żeby nie słuchały komentarzy nieżyczliwych, że w tym wieku to się już jest babcią, a nie mamą. Mama to nie jest ilość lat. Mama to jest osoba, która stwarza ten pierwszy dom dla dziecka, to poczucie bezpieczeństwa. Czy ona będzie miała dwadzieścia lat, czy pięćdziesiąt lat, to jeżeli kocha to dziecko, to stworzy mu dom. I powiedziałabym, że obawy będą zawsze. Są one i u młodych matek, i u starszych, bo każda mama chce, żeby dziecko było zdrowe i żeby wszystko rozwijało się zgodnie z normami, a czasami tak nie jest. Więc obawy są zawsze. Trochę mi zajęło znalezienie męża i to jeszcze za oceanem. I dlatego dziecko pojawiło się u mnie tak późno. Gdy moje koleżanki w Krakowie pytały mnie, jak wychodziłam za mąż, czy będę chciała mieć dzieci? Ja mówię: bardzo bym chciała mieć dzieci. A one mnie zapytały: a nie boisz się, że będą niepełnosprawne? A ja mówię: boję się, ale dalej chcę. I myślę, że właśnie to bym przekazała mamom, żeby się nie bały, tylko żeby się odważyły. Jeżeli mają pragnienia, to żeby je realizowały - mówi.
Nieposkromiona radość. Wielka nieposkromiona radość, że moje marzenia się urzeczywistnią i będę miała wymarzone dziecko - tak swoją reakcję na dwie kreski na teście ciążowym opisuje pani Katarzyna Hummel-Cywa, która gdy dowiedziała się, że zostanie mamą, miała 41 lat.
Mały człowiek, który pojawił się w ich domu, był wyśniony i długo wyczekany. Dlatego pod ogromną radością były też obawy, czy wszystko będzie dobrze. Teraz pani Katarzyna jest dumną mamą czterolatka.
Fajnie być mamą i fajnie obserwować swojego małego człowieka, jak rośnie, jak zaczyna się kształtować i fajnie mu w tym wszystkim towarzyszyć. I to jest wielka radość, która mi przyświecała od początku, że chciałam być mamą obecną w życiu mojego dziecka - mówi.
Niezapomnianych momentów w tym krótkim czasie było już wiele.
To było niesamowite, jak mi go pielęgniarki położne położyły na piersi. Trzymam mojego synka i mówię: Boże, nareszcie! Witaj na świecie, witaj na świecie. Fajnie, że jesteś, dobrze, że jesteś i... I bądź, bądź. Po prostu bądź - wspomina z rozrzewnieniem moment narodzin.
Ale zwykłych - niezwykłych chwil jest więcej, bo z nich składa się codzienność ich rodziny. Pani Kasia i jej syn mają swój wieczorny rytuał. Mama opowiada mu wymyślone przez siebie bajki, w których on jest głównym bohaterem.
Obecność i realna bliskość - na tym pani Kasia chce budować swoje rodzicielstwo. By w pełni odkrywać rolę matki, po 20 latach przerwała swoją karierę zawodową. Czy żałuje? Nigdy.
Jakby mi ktoś wcześniej powiedział: wiesz, i ty tak odejdziesz i mimo wielu obaw ułożysz sobie życie na nowo, to bym powiedziała: No weź się puknij w głowę. Ale ja to zrobiłam. To była taka najpiękniejsza decyzja, będąca konsekwencją macierzyństwa i tego, jaką ja chcę być matką, i jaką ja chcę być kobietą w tym obszarze. Czy ja chcę być mamą z WhatsAppa, czy chcę być mamą z realnego życia? I wybór był prosty. Chcę być mamą z realnego życia - mówi.
Co oprócz zawodowego życia zmieniło w niej macierzyństwo? Oprócz ogromnych pokładów miłości pozwoliło też odkryć w sobie siłę i rodzaj "nieśmiertelności".
Tak naprawdę macierzyństwo dodało mi odwagi do życia. Miałam to szczęście w moim życiu, że decydując się na dziecko w późniejszym wieku, ja nie miałam potrzeby tego mitycznego biegania za karierą, za sukcesem(...) Nieśmiertelność jest bardzo ładnym słowem i są jeszcze supermoce. Macierzyństwo zadało mi też pytania: dlaczego ja biegnę w jakimś kierunku, skoro ten kierunek tak naprawdę nie ma celu? Dlaczego ja nie mogę zmienić tego celu i pobiec w kierunku, w którym widzę prawdziwy sens, prawdziwy cel.
Gdy pani Kasia patrzy wstecz, wie, że warto było czekać i wierzyć, że kiedyś i ona będzie mogła nazwać się "Mamą Małego Człowieka". Mówi o tym, że to najważniejsza rola w jej życiu. Jednak jej droga pozwala jej spojrzeć też na inne kobiety, bezdzietne. Nie zawsze z własnego wyboru.
Był moment, że staraliśmy się o dziecko i strasznie mnie drażniły pytania: "Czy będziecie mieć dzieci? Kiedy będziecie mieć dzieci?" Ja wiem, że one nie wynikały ze złej woli, nie wynikały nawet z jakiejś przesadnej ciekawości, to jest pytanie, które się zadaje ot tak, między kawą a herbatą. Bardzo go nie lubiłam i bardzo jestem wyczulona na to, żeby jakąkolwiek kobietę pytać o te kwestie. Nigdy nie wiesz, jaka historia, co stoi za tym, że sytuacja jest taka, jaka jest. Zawsze mówię: nie pytaj - podkreśla.
Pani Iza wymarzoną ciążę przywitała z ogromną radością.
Była to bardzo wyczekana ciąża. Choć być może dla niektórych mam, gdy powiem, że czekaliśmy dziewięć miesięcy, to będzie śmieszne. Ale każdy z tych miesięcy bardzo się dłużył i o tym wie każda mama, która czekała. To była ogromna radość, taki też rodzaj dumy i marzenia: "ach, jak będzie wspaniale! Będę mamą" - opowiada z uśmiechem.
Kolejne ciąże też były wyczekane, a czwarte dziecko było zupełną niespodzianką i również ogromną radością. Wielodzietna rodzina to był plan pani Izy.
Tak to widziałam, że dobrze jest, gdy dziecko ma rodzeństwo. Ja sama mam siostrę przyrodnią, dużo starszą, z którą bardzo mało się znam, więc można uznać, że jestem jedynaczką, ponieważ właśnie wychowała mnie moja mama. Mój tata zmarł wcześnie, więc dla mnie bycie jedynaczką było codziennością i zawsze wiedziałam, że mieć rodzeństwo, to jest jednak ważna rzecz - mówi.
Obserwując swoją rodzinę, oprócz relacji rodzic dziecko widzi także miłość i więzy tworzące się między rodzeństwem. To bardzo ubogacające, choć oczywiście na co dzień nie brakuje sporów i kłótni między dziećmi. To są chwile, które wymagają od mamy ogromu cierpliwości, jednak pani Iza potrafi docenić to, co dostała od losu.
Nasze dzieci wszystkie są zdrowe i bardzo dobrze sobie radzą w życiu, więc jakiejś takiej konkretnej chwili, która byłaby najtrudniejsza, nie pamiętam. Natomiast momenty, kiedy nasze dzieci wejdą w konflikt między sobą albo coś z zewnątrz je zasmuca, albo coś z wewnątrz rodziny, bo to też się przecież dzieje, to są takie ciężkie momenty, w których serce mamy się zapada w sobie. To są takie momenty, kiedy wszystkie moje narzędzia wypadają z rąk, nie wiem, co robić - wskazuje.
Choć wydawałoby się, że mając czworo dzieci zna się już patent na wszystkie problemy małego człowieka, pani Iza podkreśla, że każde jej dziecko jest inne: Myślę, że jeżeli na przykład przełożymy takie myślenie na przyjaźń, no to chyba nikt nie traktuje wszystkich swoich przyjaciół jako jedną masę, prawda? I nie ma sposobu na wszystkich przyjaciół. Dzieci są osobnymi ludźmi i ja znajduję w tym ogromną radość, że mam właśnie cztery "egzemplarze" i każdy jest inny. Zawsze się czegoś od nich uczę, zawsze czegoś się na nich uczę. Po prostu są ludźmi. Po prostu...
Obowiązków przy czwórce dzieci jest mnóstwo, ale i w tym przypadku pani Iza ma swoje patenty.
Wraz z kolejnym dzieckiem matce nie wyrasta kolejna ręka, kolejna głowa się nie klonuje. Wszystkie obowiązki i pewnego rodzaju zmartwienia się jakoś tam mnożą. Staram się nie nazywać tego ciężarem, bo to jest ciężar, owszem, ale nauczyłam się przez swoje macierzyństwo odwracać myślenie. Staram się znaleźć powody do wdzięczności, żeby moje dzieci nigdy nie miały poczucia, że były dla mnie ciężarem. To chyba byłaby moja największa porażka - mówi.
Oprócz zmagań z codziennością matka czwórki dzieci musi także walczyć, ze stereotypami dotyczącymi dużych rodzin. Jedni wypominają 500+, inni wyolbrzymiają kwestie ciężaru wychowywania wielu dzieci, oceniają, komentują.
Towarzyszy mi często w głowie taka przepiękna myśl jednego z wielodzietnych ojców. Słowa pochodzą z wywiadu z teściem Joszko Brody, który ma właśnie też kilkanaścioro dzieci. Ktoś mu kiedyś powiedział: "A nie za dużo tych dzieci?", odpowiedział: "No dobrze, a kogo byś stąd wyrzucił? Z kogo byś zrezygnował? Z Basi? Z Kasi? Z Jasia?" To są osoby. Nie ma dużo dzieci, mało dzieci. To są ludzie - podkreśla.


