Wysocy rangą rosyjscy urzędnicy państwowi ostrzegli prezydenta Władimira Putina, że wydatki na wojnę w Ukrainie zagrażają stabilności kraju - podaje agencja Bloomberga. To najpoważniejszy sygnał wewnętrznego rozłamu w Moskwie od początku pełnoskalowej inwazji. Podczas gdy Ministerstwo Finansów i Bank Centralny alarmują o rekordowym deficycie, resort obrony żąda kolejnych miliardów na armię.
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Na marginesie rosyjskiego przywództwa narasta głęboki podział między decydentami odpowiedzialnymi za gospodarkę a twardogłową frakcją wojskową. Jak donosi Bloomberg, powołując się na swoje źródła, urzędnicy Ministerstwa Finansów oraz Banku Centralnego wprost zakomunikowali Putinowi, że obecny poziom wydatków obronnych grozi niebezpiecznym rozszerzeniem deficytu budżetowego. W ostatnich miesiącach ich niepokój o stan kasy państwa wzrósł na tyle, że oficjalnie zaproponowali pilne cięcia w sektorze wojskowym.
Opór przedstawicieli resortów siłowych jest jednak ogromny. Ministerstwo Obrony oraz część kremlowskich urzędników kategorycznie odrzucają pomysł redukcji budżetu armii. Argumentują, że uderzy to w realizację celów wojennych oraz w samą gospodarkę, która została silnie uzależniona od kontraktów wojskowych. Co więcej, resort obrony nie tylko nie chce słyszeć o cięciach, ale domaga się dodatkowych 3 bilionów rubli (około 36 miliardów dolarów) na załatanie bieżących niedoborów. Władimir Putin - twierdzi Bloomberg - nakazał na razie szukanie oszczędności w innych obszarach, zanim podjęte zostaną decyzje dotykające obronność.
Obecny kryzys budżetowy wiąże się z nietrafionymi kalkulacjami politycznymi. Tworząc zarys budżetu na 2026 rok, Kreml zakładał, że wojna w Ukrainie może zakończyć się po sierpniowym szczycie na Alasce, gdzie doszło do spotkania Władimira Putina z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Wówczas opracowano tzw. formułę Anchorage, która jednak nie sprostała testowi rzeczywistości i została zarzucona, zarówno przez administrację w Waszyngtonie, jak i Kreml. Perspektywa zmniejszenia wydatków wojskowych w drugiej połowie 2026 roku okazała się mrzonką - walki trwają nadal i nie idą po myśli Rosji.
Choć konflikt na Bliskim Wschodzie wywołał skok cen ropy, rosyjscy finansiści studzą optymizm: surowiec musiałby kosztować powyżej 100 dolarów za baryłkę przez co najmniej rok, aby realnie poprawić stan finansów. To jednak i tak nie rozwiąże problemów strukturalnych, takich jak galopująca inflacja czy kryzys w sektorze bankowym. W efekcie Rosja balansuje na granicy recesji, co potwierdzają oficjalne dane makroekonomiczne.
Ministerstwo Gospodarki przewiduje obecnie wzrost produktu krajowego brutto o 0,4 proc. w 2026 roku, w porównaniu z poprzednim szacunkiem na poziomie 1,3 proc. Oficjalne dane pokazują, że gospodarka skurczyła się w pierwszym kwartale po raz pierwszy od trzech lat.
Deficyt budżetowy rządu pogłębił się do rekordowego poziomu pomimo wzrostu dochodów z ropy naftowej w wyniku wojny na Bliskim Wschodzie. Deficyt w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku wzrósł do 5,9 biliona rubli, czyli 2,5 proc. PKB - około 50 proc. powyżej planu całorocznego, według oficjalnych danych.
Minister finansów Anton Siłuanow w wywiadzie dla dziennika "Kommiersant" nie ukrywał, że sytuacja wymaga nadzwyczajnej dyscypliny.
"W wydatkach publicznych konieczna jest pewna wstrzemięźliwość. Rezerwy nie są nieskończone. W kontekście tak wielkich transformacji na świecie nie możemy sobie pozwolić na słabość finansów. Musimy zwiększyć efektywność wydatków budżetowych" - ostrzegł Siłuanow, wskazując obronność i zobowiązania socjalne jako obecne priorytety państwa.
Rzeczywistość finansowa jest jednak bezwzględna: w okresie od stycznia do kwietnia wydatki rządowe wzrosły o prawie 16 proc. rok do roku, a nakłady na zamówienia publiczne aż o 41 proc. Aby ratować budżet, Kreml rozważa wprowadzenie nadzwyczajnego podatku od niektórych producentów surowców oraz banków. Cięcia dotykają już samorządów - władze Moskwy ogłosiły redukcję zatrudnienia i inwestycji z powodu wpływów znacznie niższych od oczekiwań.
Rosnąca dziura budżetowa wywołuje też coraz większą nerwowość wśród rosyjskich parlamentarzystów. Walerij Gartung, szef komisji ds. ochrony konkurencji w Dumie Państwowej, w emocjonalnym wystąpieniu nawiązał do traumatycznych wspomnień z początku lat 90. I - jak na rosyjskiego polityka - wypowiedział się z wyjątkową swadą. "Co zamierzamy z tym zrobić? Drukować pieniądze czy co? Tak jak w 92. roku, kiedy ceny rosły o 30 proc. każdego tygodnia? Wszyscy rozumiemy, że to nie jest rozwiązanie".
Przed Putinem stoją teraz niezwykle trudne decyzje. Piąty rok pełnoskalowej inwazji stawia Rosję przed brutalną alternatywą: albo drastyczne cięcia koszów w innych sektorach i wygaszanie gospodarki, albo ryzyko katastrofy ekonomicznej.



