Zestrzelenie amerykańskiego śmigłowca przez Iran stało się bezpośrednim powodem do przeprowadzenia przez USA uderzeń odwetowych, nakazanych przez prezydenta Donalda Trumpa. Dziś Trump ponownie zapowiedział kolejną falę uderzeń. Jak wynika z informacji uzyskanych przez portal Axios, za kulisami narastała frustracja amerykańskiego prezydenta wobec przedłużających się negocjacji z Teheranem, które od niemal dwóch tygodni nie przyniosły oczekiwanej odpowiedzi na najnowszą propozycję USA.
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Wtorkowe naloty miały - według cytowanego przez Axiosa wysokiego rangą urzędnika administracji USA - przywrócić przewagę negocjacyjną Waszyngtonu, ale zostały zaplanowane tak, by nie doprowadzić do ofiar śmiertelnych i nie zamknąć drogi do ewentualnego porozumienia. W tym samym czasie katarscy mediatorzy prowadzili rozmowy w Teheranie, próbując przywrócić dialog i zniwelować ostatnie różnice.
Prezydent Trump w środę komentując sytuację, nie szczędził ostrych słów i zapowiedzi eskalacji - "Uderzymy w nich znowu mocno dziś, na wypadek, gdybyście to przegapili, bo nie włączyliście telewizora. Zobaczymy, co będzie z umową".
"Pracuję z Iranem od kilku miesięcy" - powiedział. "Powinni podpisać umowę. To dobra umowa". "Oni tylko stukają, cmokają i pukają. Nie mam pojęcia, co oni wyprawiają" - mówił o Iranie, w wypowiedzi cytowanej przez CNN. Później odmówił wykluczenia ataków na infrastrukturę cywilną, w tym elektrownie i mosty.
Zarzucił Iranowi przeciąganie rozmów i "granie na zwłokę", podczas gdy prezydent Iranu określił groźby Trumpa jako oznakę "desperacji".
Jak podaje Axios, amerykańska administracja nie miała pewności, czy zestrzelenie śmigłowca Apache było celowe, jednak - jak podkreślają urzędnicy Białego Domu - nawet jeśli był to wypadek, USA musiały zareagować, by nie okazać słabości i nie stracić pozycji negocjacyjnej. Ataki były "proporcjonalne i chirurgiczne", wymierzone w systemy radarowe i sterowania dronami, z wykluczeniem ofiar po stronie irańskiej.
Jeszcze przed nalotami Biały Dom próbował uzyskać jasną odpowiedź od Iranu na propozycję Trumpa, jednak bezskutecznie. Amerykanie ostrzegli, że "czas się kończy", a Iran zapowiedział, że odpowie na każdy atak. Ostatecznie odpowiedź Iranu była ograniczona.
Według źródeł Axiosa zbliżonych do negocjacji, Trump mógł już pod koniec maja zawrzeć wstępne porozumienie z Iranem, jednak po naradzie w Situation Room zażądał dwóch poprawek: zobowiązania Iranu do rozcieńczenia wzbogaconego uranu w ciągu 60 dni oraz gwarancji niepobierania opłat od statków przepływających przez cieśninę Ormuz. W zamian USA zgodziły się, by proces rozcieńczania odbył się na irańskim terytorium pod nadzorem MAEA.
Irański minister spraw zagranicznych Abbas Aragczi poprosił o kilka dni na odpowiedź, jednak negocjacje przeciągały się niemal dwa tygodnie. W tym czasie Trump był krytykowany za brak postępów i coraz bardziej zirytowany żądaniami Iranu dotyczącymi odblokowania zamrożonych aktywów.
W trakcie oczekiwania na odpowiedź doszło do eskalacji na linii Izrael-Iran: izraelski atak na Bejrut, irański ostrzał rakietowy Izraela i izraelska odpowiedź na Teheran. Według mediatorów, oba kraje były bliskie porozumienia, jednak po eskalacji Iran nie chciał sprawiać wrażenia, że ulega presji izraelskich ataków.
Mimo napięć, rozmowy z udziałem mediatorów z Kataru są kontynuowane. Katarczycy próbowali zorganizować bezpośrednie spotkanie USA-Iran, jednak Teheran odmówił. Amerykańscy urzędnicy liczą, że wtorkowe naloty skłonią Iran do odpowiedzi na propozycję Trumpa. "Umowa wciąż leży na stole, ale prezydent jest gotów sprawić, by Iran zapłacił cenę za dalsze opóźnianie" - podkreślił dla Axiosa jeden z przedstawicieli administracji.



