„Superwulkan znowu dymi” - pisze niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w komentarzu do ostatnich wypowiedzi Donalda Trumpa, który grozi wyprowadzeniem Stanów Zjednoczonych z NATO. Prezydent USA przyzwyczaił już cały świat do swoich emocjonalnych wystąpień i deklaracji bez pokrycia w faktach, ale widmo rozerwania Sojuszu wywołało poważne wstrząsy tektoniczne po europejskiej stronie Atlantyku. Czy Trump rzeczywiście może nakazać Ameryce formalne porzucenie sojuszników? To mało realny scenariusz, ale są inne - prawdopodobnie równie groźne.

  • Donald Trump stwierdził, że będzie rozważał wycofanie USA z NATO. Czy to w ogóle wykonalne?
  • W jaki inny sposób prezydent Stanów Zjednoczonych może przyczynić się do osłabienia Sojuszu?
  • Jakie konsekwencje mogą mieć decyzje Trumpa?
  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Trump oświadczył w opublikowanej w środę rozmowie z brytyjskim dziennikiem "The Telegraph", że poważnie rozważa wycofanie Stanów Zjednoczonych z NATO.

W nocy polskiego czasu prezydent USA wygłosi przemówienie, w którym także będzie krytykował Sojusz Północnoatlantycki i prawdopodobnie wyrazi sceptycyzm, dotyczący utrzymywania parasola ochronnego nad "niewdzięczną" Europą, która śmiała nie przyjść z pomocą w obliczu napastniczej operacji Ameryki i Izraela przeciwko Iranowi.

Trump tym samym zyskał pretekst do podważenia sensu istnienia NATO. Szukał go już dużo wcześniej. W trakcie pierwszej kadencji nazwał Sojusz "przestarzałym", wyrażając niezadowolenie, że amerykańscy podatnicy finansują bezpieczeństwo bogatych krajów europejskich. Podczas szczytu w Brukseli w 2018 roku posunął się do sugestii, że kraje te powinny płacić USA za samą obecność ich wojsk na Starym Kontynencie.

W kampanii wyborczej przed obecną kadencją, Trump wielokrotnie unikał jednoznacznego potwierdzenia, że USA przyjdą z pomocą zaatakowanemu sojusznikowi, tłumacząc, że uzależnia decyzję od tego, czy dany kraj "ureguluje swoje rachunki". Mimo otwartej krytyki i podważania sensu NATO, agresywne działania obecnej administracji Stanów Zjednoczonych przyniosły wymierne i pozytywne rezultaty - kraje Paktu zaczęły systematycznie zwiększać wydatki na obronność, a Europa zrozumiała, że musi wziąć na siebie odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.

"Płać albo giń"

To, co jednak poważnie zaniepokoiło sojuszników USA, to podejście transakcyjne właśnie do kwestii bezpieczeństwa, które Trump sprowadził niemal do karykatury. Zasada "płać za ochronę" albo zostaniesz sam przeciwko Rosji, Chinom, Iranowi czy Korei Północnej, na stałe wprowadziła do systemu globalnej obronności pojęcie "dealu". Problem w tym, że po pierwsze, kraje NATO płacą USA, regularnie kupując od nich sprzęt wojskowy i pozwalając na rozmieszczanie na własnym terytorium amerykańskich instalacji, chroniących amerykańskie interesy. Po drugie, pojęcie "dealu" w dyskursie dotyczącym bezpieczeństwa oznacza, że niektóre kraje po prostu nie będą mogły spełnić warunków USA i przebić oferty potencjalnych agresorów. Atakując kraje NATO, Trump zwraca się ku państwom najbogatszym - Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemcom - całkowicie zapominając, że ośrodek ciężkości Sojuszu położony jest obecnie na flance wschodniej, gdzie o swoje losy drżą Litwa, Łotwa, Estonia itd. Trudno sobie wyobrazić, że którekolwiek z krajów bałtyckich będzie mogło zaoferować Amerykanom lepszy "deal", niż np. Rosja - ewentualny i prawdopodobny agresor.

To podejście znalazło swoje odbicie w niedawnym kryzysie grenlandzkim, gdy USA otwarcie domagały się od Danii przekazania wyspy. Pomimo wcześniejszych umów między Kopenhagą i Waszyngtonem i pełnej gotowości do współpracy Europejczyków z Amerykanami w celu zapewnienia bezpieczeństwa w Arktyce, Trump chciał Grenlandii, ponieważ uważał, że jako silniejszy i bogatszy ma do tego pełne prawo. Kwestie partnerstwa, sojuszy czy prawa międzynarodowego, nie mówiąc o woli samych mieszkańców wyspy, w ogóle nie miały znaczenia w analizach, prowadzonych w Waszyngtonie. Kluczowe znaczenie miał jedynie "deal" i mgliste perspektywy wydobywania na Grenlandii surowców oraz zabezpieczenie szlaków arktycznych - na wyłączność USA.

Czy Trump może wycofać USA z NATO?

Kryzysy polityczne między Europą i Trumpem zostały na chwilę odroczone po szczycie ekonomicznym w Davos, gdy amerykański prezydent potwierdził, że nie zamierza militarnie przejmować Grenlandii. Jak się później okazało, takie zagrożenie było realnie rozważane przez duńskie siły zbrojne.

Ale spokój wśród sojuszników nie trwał długo. Stany Zjednoczone zdecydowały się wesprzeć Izrael w operacji przeciwko Iranowi. W europejskim NATO powstały poważne wątpliwości, czy wojna jest legalna. Nie było natomiast wątpliwości co do tego, czy powinny w nią się angażować wojska Sojuszu. NATO jest paktem obronnym, żaden z krajów, które podpisały Traktat Waszyngtoński nie został przez Iran zaatakowany, więc w Londynie, Paryżu czy Berlinie nie stwierdzono potrzeby interwencji zbrojnej. I to dało Trumpowi ostateczny pretekst do zastraszenia partnerów perspektywą wyjścia USA z największego sojuszu na planecie.

"NATO nigdy mnie nie przekonywało. Zawsze wiedziałem, że to papierowy tygrys. Zresztą, Putin też o tym wie" - powiedział Trump dla "The Telegraph", oskarżając Europę, że w chwili próby nie chce włączyć się w odblokowanie cieśniny Ormuz.

Czy to faktycznie pierwszy krok do formalnego wypowiedzenia Traktatu Waszyngtońskiego przez USA? Mało prawdopodobne. Podstawy prawne dotyczące wycofania się członka NATO zostały określone w Traktacie Północnoatlantyckim podpisanym w 1949 roku i weszły w życie w 1969 roku Zgodnie z art. 13 każde państwo członkowskie może się wycofać, składając zawiadomienie do rządu Stanów Zjednoczonych, który jest depozytariuszem traktatu. Rząd USA informuje o tym pozostałe państwa członkowskie. Samo wystąpienie z sojuszu upływa po roku od daty złożenia zawiadomienia.

W przypadku Stanów Zjednoczonych zawiadomienie to także musiałoby zostać złożone bezpośrednio w rządzie USA, co oznacza, że decyzja ta nie leży wyłącznie w rękach amerykańskiego prezydenta. 

W grudniu 2023 roku wprowadzono w Stanach Zjednoczonych przepisy w ramach ustawy National Defense Authorization Act (NDAA), które uniemożliwiają prezydentowi wyjście z NATO bez poparcia politycznego. Aby ratyfikować wycofanie się z traktatu, amerykańska głowa państwa potrzebuje zgody 2/3 głosów Senatu. Innym scenariuszem jest wyjście USA z sojuszu na mocy specjalnej ustawy przyjętej przez obie izby Kongresu, czyli Izbę Reprezentantów i Senat.

Co Trump na pewno może zrobić?

O ile szanse na to, że Trump zdobędzie poparcie polityczne do wycofania USA z Sojuszu są niskie, o tyle może zniszczyć NATO w inny sposób. Tak naprawdę - znacznie prostszy. Jednym z możliwych kroków jest wycofanie amerykańskich żołnierzy z europejskich baz. Obecna administracja robiła już przymiarki do takiego ruchu, zapewniając jednocześnie najbardziej lojalnych sojuszników (w tym Polskę), że kontyngenty w wybranych krajach zostaną utrzymane, a być może nawet zwiększone. Teraz sytuacja ulega jednak zmianie. Trump już ogłosił, że "wojna w Ukrainie nie jest wojną USA", więc w każdej chwili może ogłosić, że "zagrożenie ze strony Rosji nie jest zagrożeniem dla USA". W ten sposób znajdzie proste wytłumaczenie wycofania amerykańskich żołnierzy z Europy.

Taki ruch może iść w parze z innym. Waszyngton może po prostu zakwestionować potwierdzenie zobowiązań sojuszniczych wynikających z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego dotyczący zbiorowej obrony. We wtorek mieliśmy już drobny przedsmak takiej sytuacji, gdy właśnie o potwierdzenie zobowiązań sojuszniczych wobec innych krajów NATO został zapytany sekretarz obrony USA. Pete Hegseth odmówił odpowiedzi, tłumacząc, że ostateczna decyzja w tej sprawie należy do prezydenta Donalda Trumpa.

Istnieje pewna szansa, że najnowsze wypowiedzi Trumpa są jednak kolejną histeryczną próbą wywierania wpływu na globalne otoczenie oraz że zostały zaczerpnięte z trumpowskiego podręcznika do negocjowania umów deweloperskich. Jeśli tak - Europa prawdopodobnie znów będzie musiała się dużo uśmiechać i mocno chwalić przywódcę Ameryki, a także zrealizować kilka mniej intratnych dla Starego Kontynentu kontraktów. 

Jeśli natomiast okaże się, że "dymy z superwulkanu" są odzwierciedleniem stanowiska przemyślanego, umotywowanego politycznie i omówionego w szerszym gronie ekspertów, Europa oficjalnie znajdzie się sama na świecie. Pierwsze kroki zostały poczynione, zniszczenia dokonane przez obecną administrację USA, jeśli w ogóle naprawialne, będzie trzeba reperować dekadami. I, cytując klasyka, "Putin też o tym wie".