Chaos, bałagan, przerażenie - tymi słowami prezes klubu Wigry Suwałki Ewa Sidorek opisuje swój lot zatrzymanym w niedzielę w Mińsku samolotem. Maszyna leciała bardzo agresywnie, myśleliśmy, że spadamy - podkreśliła. Jak dodała, na lotnisku pasażerów powitało "uzbrojone po zęby wojsko".

Tam nie było dyskusji, były polecenia, trzeba było je wykonywać i koniec - zaznaczyła. Dodała, że "nikt tak naprawdę nie wiedział", ilu pasażerów wsiadło do samolotu, gdy ten wyruszył już do Wilna.

W niedzielę pod pretekstem zagrożenia bombowego Białoruś zmusiła do lądowania na lotnisku w Mińsku samolot linii Ryanair lecący z Aten do Wilna. Doszło wówczas do zatrzymania lecącego w nim opozycyjnego aktywisty Ramana Pratasiewicza, który żyje na emigracji.

Pratasiewicz to jeden z autorów prowadzonego na Telegramie opozycyjnego kanału Nexta, którego działanie władze uznały za ekstremizm. Mężczyzna był poszukiwany listem gończym przez białoruskie organy ścigania.

"W samolocie zaczęły się dziać dziwne sytuacje"

Jedną z pasażerek samolotu lecącego z Aten do Wilna była prezes klubu Wigry Suwałki, b. wiceprezydent Suwałk Ewa Sidorek. Pytana przez PAP o przebieg podróży, Sidorek podkreśliła, że pasażerowie poczuli zaniepokojenie w momencie, kiedy w samolocie zaczęły dziać się "dziwne sytuacje".

Obsługa samolotu, młodzi mężczyźni, zaczęli nerwowo poruszać się, biegać, to nas zaniepokoiło. Potem padały polecenia: "proszę siadać, nie ruszać się, zapiąć pasy". Nawet nikt nie mógł wstać - relacjonowała. Jak podkreśliła, widać było, że "dzieje się coś niewłaściwego".

Po chwili był komunikat, że jesteśmy zmuszeni ze względów bezpieczeństwa wylądować w Mińsku, podczas gdy za 10 minut mieliśmy lądować w Wilnie - podkreśliła, dodając, że bardzo zaskoczyło to wszystkich pasażerów. Samolot leciał bardzo agresywnie, chaotycznie, byliśmy wszyscy przekonani, że jest to awaria samolotu, że samolot spada - opowiada Ewa Sidorek.

"Tam nie było dyskusji"

Zgodnie z jej relacją po lądowaniu przed oczami pasażerów ukazało się "mnóstwo samochodów, wojskowych, straży pożarnej". Był też "cały kordon wojskowych" oraz służbowe psy. Wyprowadzono nas powoli, po pięć osób. Każdy musiał położyć swoje rzeczy, psy je obwąchiwały - mówi Sidorek. Jak dodaje, gdy wraz ze swoimi współpasażerkami zapytała osobę z obsługi samolotu o to, kto kazał im lądować w Mińsku, uzyskały odpowiedź, że "była informacja o zagrożeniu terrorystycznym".

Dla nas to było niesamowite, ale przyjęliśmy to do wiadomości. Tam nie było dyskusji, były polecenia, trzeba było je wykonywać i koniec. Przed oczami wojsko uzbrojone po zęby, kto by tam się sprzeciwił - podkreśliła.

"Przerażenie tym systemem totalitarnym, który jest za naszą granicą"


Pasażerowie przechodzili dokładną rewizję osobistą. Pani dotykała mnie wszędzie, części ciała, garderoby, przeszukiwano mi torby, przeglądano rzeczy - relacjonuje Sidorek. Kiedy już czekałam na tę rewizję, przechodziło czterech żołnierzy, dwóch z przodu, dwóch z tyłu, w środku był młody mężczyzna, jak się okazało, ten, z powodu którego całą tę akcję zorganizowano - powiedziała.

Po rewizji pojedynczo nas odprowadzono do takiego miejsca, gdzie nas wszystkich zgromadzono. Następnie młoda dziewczyna zapytała po rosyjsku, czy w związku z tym, że jest z Białorusi, może wyjść stąd (...), bo chciałaby wyjść na autobus - relacjonuje Sidorek. Dziewczynie odpowiedziano, że nie może nigdzie pójść i że będzie lecieć do Wilna. Okazało się, że ona podróżowała właśnie z tym młodym mężczyzną i ją też zatrzymano - dodała.

Tak naprawdę, jak z powrotem wsadzano nas do samolotu, nikt z nas od końca nie wiedział, ile osób z nami nie wraca do Wilna. Kilka razy nas liczono, jakieś kreski stawiano, w kółko brano nazwiska, kto został, ilu pasażerów. Chaos, bałagan, niepewność. I strach, przerażenie tym całym systemem totalitarnym, który jest za naszą granicą - zaznaczyła Sidorek.

Jak podkreśliła, czekanie na lotnisku trwało około ośmiu godzin. Mieliśmy wylądować o 12 polskiego czasu w Wilnie, czyli o 13 litewskiego czasu, a z powrotem puszczono nas na samolot o 20 polskiego czasu - powiedziała. Wskazała też, że - czekając na lot - pasażerowie nawiązali kontakt m.in. z konsulem, swoimi rodzinami, a także prawnikami. Ciągle docierały do nich jednak sprzeczne komunikaty.

Mój prawnik zapytał mnie, czy na pokładzie była jakaś walka, podobno był jakiś agresywny pasażer. Nie było czegoś takiego, absolutnie. Te informacje, które podawano na zewnątrz, wynikały pewnie z chęci spowodowania jakiegoś chaosu informacyjnego - stwierdziła Sidorek.