Sytuacja w Boliwii jest coraz bardziej napięta. Były prezydent Boliwii, Evo Morales, mimo nakazu aresztowania, nie zamierza się ukrywać. Otoczony przez tysiące lojalnych zwolenników i uzbrojonych ochroniarzy, nawołuje do masowych protestów przeciwko obecnym władzom. Minister spraw zagranicznych Boliwii Fernando Aramayo określił demonstracje jako "zamach stanu" i próbę obalenia demokratycznie wybranego rządu.
- Najważniejsze informacje z Polski i świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl.
Evo Morales, były prezydent Boliwii, od miesięcy pozostaje jednym z najważniejszych aktorów politycznego kryzysu w kraju. Pomimo sądowego nakazu aresztowania, nie ukrywa się i nie opuszcza kraju. Przebywa w miejscowości Lauca N, w regionie Tropico de Cochabamba, gdzie cieszy się ogromnym poparciem lokalnej społeczności.
Wokół miejsca pobytu Moralesa powstała prawdziwa twierdza. Zwolennicy polityka zbudowali fort otoczony palisadą i wieżami strażniczymi, z których obserwują okolicę. Drogi dojazdowe są kontrolowane, a w połowie maja zablokowano nawet miejscowe lotnisko, by uniemożliwić służbom zatrzymanie byłego prezydenta.
W ubiegłym roku ówczesne boliwijskie władze ogłosiły, że Moralesa otaczają "trzy pierścienie" ochrony. Zewnętrzny krąg stanowią dwa tysiące rolników z chałupniczo wykonanymi tarczami i włóczniami, których widać na zdjęciach publikowanych przez prasę. Mają go też chronić "dobrze uzbrojeni" obcokrajowcy.
Będziemy bronić naszego niekwestionowanego przywódcy nawet za cenę życia - powiedział mediom kierujący akcją na lotnisku Teofilo Sanchez.
W połowie 2025 roku, gdy Moralesowi uniemożliwiono start w wyborach, jego sympatycy przez dwa tygodnie blokowali drogi w różnych częściach kraju. Doszło do starć, w których zginęło czterech policjantów i dwóch cywilów.
Ze swojej twierdzy Morales regularnie publikuje odezwy, w których wzywa do nasilenia trwających w kraju protestów przeciwko rządowi nowego prezydenta Rodrigo Paza. Zwycięstwo centroprawicowego polityka w wyborach w ubiegłym roku zakończyło w Boliwii prawie 20-letnią dominację socjalistów, rozpoczętą przez Moralesa.
66-letni polityk, plantator koki i przywódca związkowy, rządził krajem w latach 2006-2019. Był pierwszym prezydentem Boliwii wywodzącym się ze społeczności rdzennych. Jego rządy były najdłuższymi w historii kraju i jednymi z najdłuższych w Ameryce Łacińskiej.
Lewicowy polityk zjednał sobie rzesze wyborców, szczególnie z grup najmniej zarabiających i społeczności rdzennych, poprzez rozbudowane programy pomocy społecznej i dotacji, m.in. do paliw. W latach 2006-2018 odsetek ubóstwa w Boliwii spadł z 38 do 17 proc., choć według krytyków ponownie wzrósł w ostatnim roku rządów Moralesa.
Polityka, którą zapoczątkował, doprowadziła jednak później do poważnego kryzysu gospodarczego, wyczerpania rezerw walutowych i wysokiej inflacji. Morales, który pozycjonował się jako przeciwnik amerykańskiego imperializmu, zacieśniał współpracę z Rosją i Chinami.
Współpraca ta dotyczyła m.in. bogatych złóż litu, używanego do produkcji akumulatorów do laptopów, telefonów i samochodów elektrycznych. Na obszarze boliwijskiego solniska Salar de Uyuni znajdują się jedne z największych złóż tego metalu na świecie.
Prokuratura zarzuca Moralesowi, że utrzymywał relacje seksualne z niepełnoletnią dziewczyną, która w 2016 roku, wówczas jako 15-latka, miała zajść z nim w ciążę. Jest oskarżony o gwałt, a także o udział w handlu ludźmi, gdyż według prokuratury rodzice dziewczyny zgodzili się na jej związek z prezydentem w zamian za korzyści polityczne.
Morales nie przyznaje się do winy. Obrońca polityka Jorge Perez twierdził, że jego klient jest "niewinny i prześladowany politycznie", a nakaz jego aresztowania jest nielegalny, ponieważ Morales nie został osobiście zawiadomiony o oskarżeniu. Doręczenie pism sądowych uniemożliwiają jego zwolennicy.
Część komentatorów podkreśla, że obecne władze kraju mają na głowie pilniejsze sprawy, niż aresztowanie Moralesa. W kraju od trzech tygodni trwają masowe protesty przeciwko niedoborom paliw i wprowadzanym przez nowy rząd cięciom budżetowym, a blokady dróg zakłócają dostawy towarów pierwszej potrzeby do stolicy kraju, La Paz.
Minister spraw zagranicznych Boliwii Fernando Aramayo określił protesty jako "zamach stanu" i próbę obalenia demokratycznie wybranego rządu. Podobną opinię wyraziła administracja Stanów Zjednoczonych, dla której ubiegłoroczne zwycięstwo Paza oznaczało możliwość odbudowy relacji po prawie 20 latach rządów lewicy.
Uprawa i handel liśćmi koki nie są w Boliwii nielegalne. W konstytucji z 2009 roku, przyjętej pod rządami Moralesa, roślina została oficjalnie uznana za część kulturowego dziedzictwa kraju. Liście, żute tradycyjnie przez andyjskie społeczności, uważane są za naturalny środek pobudzający, szczególnie pomocny na dużych wysokościach.


