Nadal nie wiadomo co stanie się ze stadem ponad 170 krów z Ciecierzyc koło Gorzowa w Lubuskiem. Zwierzęta przez kilka lat żyły dziko na okolicznych łąkach. Miejscowa inspekcja weterynaryjna wydała decyzję o ich uśmierceniu.

Decyzję uzasadniono m.in. tym, że krowy mogą być nosicielami różnych chorób i zagrażać hodowlanemu bydłu w okolicy. Zwierzęta nie były badane od lat, część z nich przyszła na świat już poza zagrodą, z której uciekły. Nikt jednak nie wydał decyzji o ponownym przebadaniu zwierząt, zanim wydano na nie wyrok śmierci. O ich ocalanie cały czas starają się walczyć organizacje broniące praw zwierząt.

Wśród nich jest lubuska fundacja Arka dla Zwierząt. Jej przedstawiciele znaleźli przynajmniej  trzy miejsca, do których mogłyby trafić krowy. Spotkanie w tej sprawie odbyło się w miniony poniedziałek w Głównej Inspekcji Weterynaryjnej, ale jak udało nam się ustalić - nie zapadły żadne decyzje ani postanowienia. Pracownicy GIW nie znaleźli dziś jednak czasu, by odpowiedzieć na szczegółowe pytania. Napisaliśmy w tej sprawie maila i czekamy na odpowiedź.  Udało nam się dodzwonić do powiatowej lekarz weterynarii z Gorzowa Wielkopolskiego.

Sprawa trwa, jest w toku. Terminów żadnych nie znam. Przyjmujemy wnioski od organizacji, odpowiadamy na nie. Podtrzymuję to, że decyzja jest prawomocna i wyrok sądu [o zabiciu zwierząt - przyp.red.] też jest prawomocny - powiedziała w rozmowie telefonicznej lek.wet. Edyta Siwicka, która dopytywana o szczegóły odłożyła słuchawkę.


To rozczarowujące, bo jeszcze pod koniec zeszłego tygodnia słyszeliśmy zapewnienia o chęci współpracy i zapewnienia o dobrej woli, by zwierzęta ocalić - komentuje przedstawicielka organizacji, która walczy o to, by krów nie uśmiercać.

Zwierzęta 1 maja zostały spędzone do tymczasowej zagrody na łąkach w okolicach Ciecierzyc. Formalny obowiązek opieki nad stadem spoczywa na gminie Deszczno, która podpisała w tym celu umowę z rolnikiem, do którego należy łąka.

Zwierzęta są karmione sianem i pojone wodą. Dzienny koszt utrzymania stada to - jak dowiadujemy się w urzędzie gminy Deszczno - około trzech tysięcy złotych. Stado ma zostać przepędzone do innej, większej zagrody, oddalonej o około dwa kilometry od obecnej. Nic nie wiemy na jak długo mamy spędzić krowy do nowej lokalizacji, inspekcja weterynaryjna o niczym nas nie informuje. Zwierzęta niezmiennie pozostają jednak w izolacji - tłumaczy zastępca wójta gminy Deszczno Aleksander Szperka.

Jak nieoficjalnie ustaliliśmy, samorząd podpisał umowę z nowym opiekunem bydła na miesiąc. Dokument ma jednak zastrzeżenie, że może być zerwany w każdej chwili, gdy stado opuści zagrodę. Oznacza to, że jeśli zapadnie decyzja o wywozie zwierząt do rzeźni i ich uśmierceniu - umowa traci ważność. Innymi słowy - nowe miejsce spędzenia bydła i miesięczne porozumienie z właścicielem terenu, nie oznacza wcale, że krowy nie zostaną w tym terminie zabrane.

Właściciel: Mam nadzieję, że odzyskam je wszystkie

Do stada ponad 170 krów wczoraj dołączyła kolejna. Do zagrody w okolicach Ciecierzyc docieramy chwilę po narodzinach małego cielaka. Jego matka - jak większość krów ze stada - nie jest przyzwyczajona do obecności ludzi. Kiedy jednak próbujemy podejść bliżej, by zobaczyć cielę - dorodna krowa nie odstępuje go na krok i daje wyraźny sygnał, że żadni gapie nie są w tym momencie mile widziani. Maluch pierwsze ruchy głowy kieruje do wymion matki, by wypić tzw. siarę czyli różniący się od mleka, pierwszy pokarm w życiu.

To dobry znak, znaczy, że jest zdrowy i nic mu nie będzie ­­­- zagaduje mężczyzna, który przyjechał na miejsce, by przegarnąć siano, którym mają być nakarmione zwierzęta. Okazuje się, że to Marian Skorupa - właściciel stada, z którego zagrody zwierzęta uciekły przed laty.

Chciałbym je odzyskać, bo to jest całe moje życie, cały mój dorobek. Mimo że one były na wolności, to my się nimi opiekowaliśmy. Zostaliśmy pozbawieni łąk, na których mogliśmy paść zwierzęta. Dlatego musieliśmy sobie z nimi radzić w taki a nie inny sposób - tłumaczy mężczyzna pytany o to, dlaczego wcześniej nie zainteresował się stadem i nie próbował ich spędzić do jednego miejsca.

Jeśli są wątpliwości są czy te zwierzęta są zdrowe to je najpierw popadajmy. Jak się człowieka nie zbada to nie można stawiać diagnozy.(...) Ta decyzja o ich zabiciu bez badania to jest barbarzyństwo, haniebny czyn. Wydanie takiej decyzji urąga całemu społeczeństwu. Czym oni się motywują? Nie mogę spać, bo ciągle o tym myślę. Ludzie też mi mówią, że to jest nie do pomyślenia, żeby takie decyzje wydawać. - denerwuje się Marian Skorupa, kiedy rozmowa schodzi na temat decyzji o zabiciu stada wydanej przez miejscową administrację.

Właściciel stada tłumaczy, że jeśli uda mu się odzyskać chociaż część zwierząt - będzie chciał je hodować, tak by móc je potem sprzedać. To jednak wydaje się niemożliwe, ze względu na to, że w stadzie doszło do tzw. chowu wsobnego, czyli sytuacji kiedy potomstwo płodzi kolejne potomstwo swoim biologicznym matkom. Ta sytuacja dyskwalifikuje osobniki z możliwości włączenia ich do hodowli. Jedynym możliwym scenariuszem, by ocalić zwierzęta, jest więc umieszczenie ich w miejscach azylowania, po uprzednim ich przebadaniu i sterylizacji. Nikt z osób odpowiedzialnych za ewentualne podjęcie takiej decyzji - nie potrafi konkretnie odpowiedzieć na pytanie czy taki scenariusz jest możliwy.