Skrajnie niemożliwe jest przygotowanie podstawy programowej w ciągu dwóch, trzech miesięcy – przyznaje dr Aleksandra Szyller z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z dziennikarzem RMF FM. Dziś wiceszef MEN zapowiedział początek prekonsultacji ws. dokumentu, który wyznaczy sposób nauczania w szkołach. Ministerstwo podstawę programową ma przedstawić dopiero w lutym. A to oznacza, że wydawcom zostało niewiele czasu na przygotowanie podręczników. „stworzenie czegoś na „chybcika” – zaznacza dr Szyller.

Skrajnie niemożliwe jest przygotowanie podstawy programowej w ciągu dwóch, trzech miesięcy – przyznaje dr Aleksandra Szyller z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z dziennikarzem RMF FM. Dziś wiceszef MEN zapowiedział początek prekonsultacji ws. dokumentu, który wyznaczy sposób nauczania w szkołach. Ministerstwo podstawę programową ma przedstawić dopiero w lutym. A to oznacza, że wydawcom zostało niewiele czasu na przygotowanie podręczników. „stworzenie czegoś na „chybcika” – zaznacza dr Szyller.
Zdj. ilustracyjne /Wojciech Pacewicz /PAP



Posłuchaj całej rozmowy!

Grzegorz Kwolek, RMF FM: Pani doktor, czym jest podstawa programowa dla pedagoga? Po co jest potrzebna?

Dr Aleksandra Szyller: Podstawa programowa to jest taki dokument formalny, rozporządzenie do ustawy o systemie oświaty, które warunkuje to, czego i w jaki sposób będą się uczyć dzieci i niejako też wyznacza, co dzieci i młodzież muszą potrafić, kończąc dany etap kształcenia. W polskiej edukacji - mam wrażenie - że to stało się taką "biblia", sercem całego szkolnictwa, które niejako potrafi determinować każdy krok nauczyciela na zajęciach, więc jest to dokument szalenie istotny.

I teraz taką "biblię" ministerstwo pisze nam na nowo, zmieniając cały system. Podobno dzisiaj zobaczymy całość, chociaż pojawiają się też zapowiedzi, że być może będzie to tylko podstawa dla klas 4. i 7. Czy w tak krótkim okresie czasu można - bo podobno prace trwają od lutego - tę "biblię" napisać i czy można pisać ją wyrywkowo? Czy można np. pokazać podstawę do klasy czwartej i siódmej, a resztę dopisać sobie później?

Wydaje mi się, że jest to pytanie retoryczne. Skrajnie niemożliwe jest przygotowanie tak ważnego dokumentu w ciągu 2-3 miesięcy. Pamiętamy reformy z 2009 roku, kiedy to podstawa była gotowa na wiosnę 2008 roku i przeszła przez wszelkiego rodzaju internetowe konsultacje chociażby, a i tak została okrzyknięta, jako coś, co zostało przygotowane naprędce. Teraz nam zostało 9 miesięcy do wielkiej rewolucji w systemie oświaty i dalej podstawy programowej nie mamy. Pierwsza rzecz, o której warto powiedzieć to moim zdaniem kwestia ekspertów, którzy będą brać udział przy tworzeniu tej podstawy. Każdy zespół, który ma współdziałać wymaga kooperacji, a to znowu wymaga czasu. Takiego czasu nie mamy. Jak widzimy lista, która została upowszechniona przez ministerstwo, lista ekspertów, którzy mają brać udział przy tworzeniu podstawy jest listą, która nie do końca została zweryfikowana, bo jak się okazuje - eksperci się wycofują. Jasno twierdzą, że nie da się czegoś dobrego stworzyć w ciągu 2-3 miesięcy i nie chcą pod tym się podpisać, gdyż z góry ich zdaniem jest to skazane na fiasko. Kolejna rzecz to jest kwestia podręczników i materiałów do edukacji wczesnoszkolnej, czyli tego wszystkiego, co niejako wynika z podstawy programowej. Wydawcom zostało blisko 9 miesięcy na stworzenie czegoś na "chybcika". Nie mają dalej wytycznych, w którym kierunku mają pójść, a znowu tworzenie podręczników to także jest współpraca wielu jednostek: wydawców, ilustratorów, autorów podręczników, ale także nauczycieli i uczniów, gdyż takie podręczniki muszą też przejść badania pilotażowe.

No właśnie, uprzedziła pani niejako moje pytanie. Ta "biblia" jest podstawą do tworzenia podręczników. Jak już pani powiedziała czasu będzie bardzo mało. A co z testowaniem? Ile czasu powinni mieć nauczyciele na zapoznanie się i ewentualne wytknięcie porażek, błędów w podręcznikach?

Przede wszystkim, to co mnie bardzo niepokoi, to jest kwestia w ogóle nieuwzględnienia nauczycieli, jako tych, którzy mogliby te podstawy tworzyć. Okazuje się, że wśród ekspertów mamy głównie wykładowców, profesorów i inne osoby, ale nie są to osoby, które stricte zajmują się praktycznie edukacją, więc nauczyciele uważani są teraz za osoby, którym się odbiera autonomię i możliwość współdecydowania o kształcie podstawy programowej. To co mi się wydaje niestosowne także, to jest kwestia zostawienia nauczycieli do czerwca z decyzją, na czym oni będą pracować. Nie do końca wierzę w to, że dzisiaj pojawi się pełna podstawa - tak jak tu pan redaktor powiedział - pewnie to będą jakieś szczątki podstawy i odbiera to poczucie bezpieczeństwa nauczycielom, poczucie bezpieczeństwa rodzicom i dzieciom, jak potoczą się ich dalsze losy w szkole. Wydaje mi się, że także zapominamy o kwestii szkoleń i kursów doskonalących dla nauczycieli, które muszą być zmodyfikowane w związku z pojawieniem się nowej podstawy. Zapominamy o programach studiów na uczelniach pedagogicznych, gdzie też należałoby pomyśleć o pewnych modyfikacjach, jeżeli i tak mamy wywrócić system do góry nogami, więc jest to trochę przerażające.

Co pani w takim razie radziłaby i rodzicom i nauczycielom przed nadchodzącym rokiem szkolnym 2017/2018? Niektórzy mówią: uczyć bez podręcznika. Czy to się da?

Ja też osobiście jestem za tym. Uważam, że jeśli chodzi o podręczniki to rzeczywiście dzisiaj jest to takie ogromne źródło błędów polskiej edukacji. Podręcznik stał się niemal dogmatem. Jest czymś, co determinuje każdy krok dziecka na zajęciach i jest czymś, co de facto blokuje możliwość prawidłowych oddziaływań. Podręczniki, które mamy na rynku - mimo, że mamy pozorny wybór z czterdziestu - też niejako wybór został nam narzucony z góry. 99,8 proc. placówek pracuje na naszym elementarzu rządowym, a ten podręcznik właśnie pokazuje, że nie da się zrobić czegoś w tempie tak ekspresowym. On też został stworzony w kilka miesięcy, też przeszedł znikome badania w opinii publicznej i też pewne opinie, które tu też w stosunku do niego występowały w społeczeństwie, nie zostały uwzględnione w jego treściach. No i teraz pracujemy na czymś, na czym nie da się pracować, więc być może jedynym rozwiązaniem jest właśnie praca obok elementarza. To się da zrobić, tylko to wymaga ogromnej zmiany w świadomości polskich nauczycieli. Takie zmiany są bardzo trudne i muszą być budowane oddolnie, a nie odgórnie.

Nauczyciele sobie poradzą, bo muszą?

Ja wierzę w nauczycieli, wierzę w studentów, przede wszystkim. Szkolę zarówno nauczycieli, jak i mam zajęcia wśród studentów i wśród nich jest ogromny potencjał. Ja się tylko zastanawiam, ile czasu jeszcze oni będą w stanie się bronić, ile czasu będą w stanie chronić swoją refleksyjność i niestety pewnie ci - nie chcę powiedzieć najsłabsi, bo to jest bardzo pejoratywne, ale tacy, którzy nie mają siły działać w takim systemie - będą powoli odchodzić. Widzimy to także na listach ekspertów, którzy tworzą nowe podstawy programowe. Ci najlepsi niestety rezygnują.

I to nie będzie tak, jak być może jest, jak niektórzy ostrzegają, właśnie z likwidacją gimnazjów, że stracą ci najsłabsi i nauczyciele i uczniowie, na tej zmianie, na tym pośpiechu?

W moim odczuciu zawsze tak jest. Traci zawsze jednostka, która zdecydowanie nie jest sobie w stanie poradzić. W moim odczuciu podobne kwestie działy się już przy reformie sześciolatków. Tam też wszystko zostało stworzone niejako naprędce. Też materiały nie zostały przygotowane i dzisiaj mamy siedmiolatki, które uczą się z materiałów przygotowanych dla sześciolatka, więc infantylizm w edukacji sięga już granicy skrajnej i niestety tracą na tym najsłabsi i najlepsi. Chociaż to znowu jest określenie bardzo pejoratywne.