To wojskowa prokuratura zasugerowała użycie oddziałów specjalnych żandarmerii podczas zatrzymania żołnierzy, podejrzanych w sprawie akcji w Afganistanie - ujawnił szef MON Bogdan Klich, po spotkaniu z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ćwiąkalskim.

Ministrowie obrony i sprawiedliwości konfrontowali na porannym spotkaniu raporty żandarmerii i prokuratury, dotyczące sposobu zatrzymania podejrzanych. Według ministra obrony prokuratura wojskowa przestrzegała, iż zatrzymanie podejrzanych może wiązać się z wysokim ryzykiem, bo mogą być oni groźni.

Dlatego posłano specjalny oddział żandarmerii. Prokuratura wojskowa – jak się dowiedzieliśmy – tłumaczyła, że podejrzani to dobrze wyszkoleni komandosi, na których ciążą zarzuty zagrożone nawet dożywociem. Jak twierdzą prokuratorzy, są i kolejne powody, ale tych nie ujawnią, zasłaniając się tajemnicą śledztwa.

Ale wątpliwości zostają: żołnierze – nawet komandosi - to nie uzbrojeni po zęby bandyci, z obszerną kartoteką. Byli z rodzinami w domach, bez broni, właśnie wrócili z półrocznej misji w Afganistanie, gdzie codziennie narażali swoje życie - czy nie wystarczyło po prostu wezwać ich na przesłuchanie. Kolejne, bo jak wiadomo, sprawa toczy się od sierpnia. Na to pytania prokuratura nie odpowiada.

Według Zbigniewa Ćwiąkalskiego, materiały pokazywane w mediach nie dotyczyły samego momentu zatrzymania:

Ćwiąkalski zapowiedział, że zwróci się o dodatkowe wyjaśnienia w tej sprawie do Naczelnego Prokuratora Wojskowego. O wyjaśnienia w tej sprawie zwrócił się także Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski, którego zastrzeżenia wzbudziły m.in. informacje o tym, że podczas zatrzymań żołnierzy rzucano na ziemię w obecności rodzin i skuwano kajdankami.