Wyludnione ulice, pustka i tylko przejeżdżające karetki. Porzucone autobusy, totalna cisza, żadnych dzwoniących telefonów – tak po przedpołudniowych zamachach wygląda Londyn, widziany oczyma mieszkających w nim Polaków.

- Totalny chaos. Ewakuowano ludzi z dworca i okolicznych biurowców. Wtedy nie było jeszcze pewności, że mamy do czynienia z atakami terrorystycznymi - opowiada Tadeusz Jagodziński, z polskiej sekcji BBC, który był na stacji Liverpool kilkadziesiąt minut po eksplozji. To właśnie od wybuchu na tym dworcu rozpoczęła się seria zamachów.

Wśród świadków porannych ataków jest 24-letni student z Polski. Marcin Stefański podróżował w wagonie kolejki metra sąsiadującym z przedziałem, w którym doszło do jednego z czterech terrorystycznych zamachów w Londynie. Usłyszałem głośną eksplozję i poczułem uderzenie w plecy kawałkami rozbitego szkła. Dookoła mnie ludzie zaczęli rozpaczliwie krzyczeć. Nie mogłem oddychać. Nie było sposobu, by wydostać się z pociągu - tak opowiadał student Agencji Press Association.

Ewelina, Polka mieszkająca pięć minut drogi od londyńskiej stacji Liverpool, obserwowała reakcje miasta z dachu swego domu. - Jest przedziwnie. Nie widzę w ogóle ludzi. Tylko przejeżdżająca straż i karetki. Wygląda to jak wymarłe miasto - opowiada.

Nie ma na razie informacji o tym, czy wśród śmiertelnych ofiar zamachów w londyńskim metrze i autobusach są Polacy – informuje polska ambasada w Londynie. Wiadomo, że lekko ranna została młoda Polka, która wyjechała na Wyspy na kurs językowy. czytaj więcej

Być może telefony komórkowe wyzwoliły bomby, które wybuchły przed południem w Londynie – o takich pojawiających się podejrzeniach mówi pani Ewelina. Teraz aparaty są praktycznie bezużyteczne. - Kilka godzin temu dochodziły jeszcze SMS-y, teraz już nie działa nic - opowiada Polka.

Brytyjski premier wrócił wczoraj wieczorem do szkockiego Gleneagles na szczyt przywódców państw G8. Po otrzymaniu wiadomości o zmachach, Tony Blair postanowił opuścić na kilkanaście godzin obrady i powrócił do Londynu. czytaj więcej

Zdaniem Tadeusza Jagodzińskiego nie należy się spodziewać ogłoszenia stanu wyjątkowego. - Tego nie było nawet w Madrycie - dodaje.

Jest bardzo trudno dostać się na lotnisko. Na szczęście nic złego się tam nie dzieje – mówi pani Beata, Polka mieszkająca w pobliżu lotniska Heathrow. Z jej relacji wynika, że w Londynie wszyscy poruszają się prawie wyłącznie piechotą.

- Ludzi spotyka się najczęściej w kawiarniach, gdzie ustawione są telewizory, tam wszyscy oglądają to, co się teraz dzieje w mieście - mówi pani Ewelina. W centralnym Londynie nie jeździ nie tylko metro, ale także z ruchu zostały wyłączone autobusy. Według relacji Polki, do centrum miasta wjechało także wojsko.

Ja pracuję w północno-wschodnim Londynie i tu wszyscy są zwalniani do domów – relacjonuje Emil Koniarski, Polak pracujący w dzielnicy Queens Park. - Wszyscy śledzą to, co się dzieje, oglądając telewizję i słuchając radia - opowiada i dodaje, że wiele osób czeka kilkukilometrowa piesza wędrówka do domu.

W londyńskich szpitalach wstrzymano przyjęcia planowe, sale operacyjne przygotowywane są na przyjęcie ofiar wybuchów – relacjonuje Karol Szymański, polski lekarz, pracujący w Londynie. Mówi on, że wszyscy chorzy, których życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, są odsyłani do lekarzy rodzinnych, by nie blokować miejsca dla poszkodowanych w zamachach. - Przyjęcia wstrzymały już szpitale w Londynie centralnym. Placówki na obrzeżach przygotowują łóżka dla kolejnych rannych - opowiada.