Martin Winterkorn, były już szef Volkswagena, znalazł się na celowniku prokuratury. Śledczy z Brunszwiku sprawdzają, czy fałszowanie danych dotyczących emisji spalin przez silniki diesla w samochodach Volkswagena nie było oszukiwaniem klientów. W poniedziałek okazało się, że afera dotyczy również samochodów Audi.

W poniedziałek okazało się, że afera dotyczy również samochodów Audi /FRANK RUMPENHORST /PAP/EPA

Winterkorn przestał być prezesem samochodowego koncernu 23 września, kilka dni po tym jak na jaw wyszło zaniżanie poziomu spalin w silnikach diesla. Na ślad manipulacji wpadła grupa badawcza z Uniwersytetu Zachodniej Wirginii, która wykryła, że np. amerykańskie normy dla tlenku azotu są przekraczane przez volkswageny nawet czterdziestokrotnie. Jak to możliwe, że nie wykryto tego wcześniej?

Specjaliści niemieckiego giganta instalowali w komputerach pokładowych oprogramowanie, które pozwalało odróżnić zwykłą jazdę po mieście czy w terenie od prób testowych. W czasie tych ostatnich włączał się oszczędny i ekologiczny tryb pracy silnika, który pozwalał na wykazywanie zgodnej z przepisami emisji spalin. W czasie normalnego użytkowania silnik pozwalał na lepsze osiągi i dynamiczniejsza jazdę, ale kosztem większego zużycia paliwa i produkcji większej ilości zanieczyszczeń.

Opinia publiczna poznała te fakty w drugiej połowie września, ale szybko okazało się, że sygnały były już wcześniej. Taką wiedzą miał dysponować niemiecki rząd i Komisja Europejska. Stąd pojawiające się w komentarzach sugestie, że politycy też powinni ponieść konsekwencje. Najostrzejsze mówią o dymisji ministra transportu, a nawet kanclerz Merkel.

Już latem 2014 Komisja Europejska poprosiła Niemcy o wyjaśnienia dlaczego produkowane w Niemczech auta emitują sześć razy za dużo tlenku azotu. Niemieckie media ujawniają, że odpowiedź rządu zawiera potwierdzenie przekroczeń i zapowiedź ich usunięcia. Uwagę na zwiększone zanieczyszczenia zwracały też organizacja ekologiczna Deutsche Umwelthilfe czy największy niemiecki automobilklub ADAC. Alexander Dobrindt, minister transportu w rządzie Angeli Merkel, stwierdził jednak, że o manipulacjach dowiedział się dopiero z mediów, we wrześniu.

Media docierają do kolejnych ustaleń. "Frankfurter Allgemeine" napisała, że w 2011 roku jeden z techników koncernu informował przełożonych o manipulacjach. Sprawa była tematem wewnętrznych ustaleń, dotarła do organów nadzorczych, ale nie skończyła się podobno żadnymi ustaleniami. "Bild" z kolei stwierdził, że jeszcze wcześniej, w 2007 roku, z partnerskiej firmy Bosch były sygnały ostrzegające przed ingerencją w system informatyczny dotyczący spalin.

Wiele wskazuje więc na to, że afera narastała latami, a teraz sunie jak tsunami - rzecznik Audi potwierdził, że manipulacje dotyczą też ponad 2 milionów aut tej marki. Około półtora miliona takich samochodów Audi jeździ w Europie, z czego tylko w Niemczech blisko 600 tysięcy.

Adam Górczewski