Choć to miasto oddalone jest o kilkaset kilometrów od frontu walk z Rosjanami, a na jego ulicach nie widać czołgów, to mieszkańcy Lwowa doskonale wiedzą, czym jest wojna i niezwykle głęboko ją przeżywają - relacjonuje z Ukrainy, w czwartą rocznicę rosyjskiej inwazji, reporter RMF FM Mateusz Chłystun.

  • Po więcej aktualnych informacji z kraju i ze świata zapraszamy na RMF24.pl

W czwartą rocznicę pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, do oddalonego o kilkaset kilometrów od linii frontu Lwowa udał się reporter RMF FM Mateusz Chłystun. 

Jak relacjonuje nasz dziennikarz, choć we Lwowie nie toczą się walki z Rosjanami, to mieszkańcy tego miasta doskonale wiedzą, czym jest trwająca już znacznie dłużej niż cztery lata wojna w Ukrainie. Tysiące mieszkańców tego regionu od lutego 2022 roku bierze aktywny udział w toczących się o niemal każdy centymetr ukraińskiej ziemi walkach z rosyjskim okupantem. Stawiają oni czoła agresorowi tam, gdzie toczą się najcięższe walki. 

We Lwowie czuć strach i tęsknotę

Choć w mieście nie ma widocznych śladów wojny, a ostrzały czy naloty są rzadsze niż chociażby w Kijowie, to Lwowianie niemal codziennie czują strach i wielką tęsknotę. Od wczorajszego wieczora na cmentarz Łyczakowski przychodzą setki osób. To bliscy tych, którzy stracili życie na froncie. To miasto, jak zresztą cały kraj, jest pełne traum, a to poważne wyzwanie na przyszłość dla ich władz. 

Każdy z nich będzie potrzebował pomocy mentalnej czy fizycznej rehabilitacji. Wszystko to robimy, żeby ludzie odczuli takie ciepło - powiedział reporterowi RMF FM mer Lwowa Andrij Sadowy, który wspomniał o ośrodku Unbroken, utworzonym w mieście specjalnie dla weteranów. 

Minuta ciszy dla poległych

We Lwowie niemal na każdym budynku pojawiły się dziś żółto-niebieskie flagi. Rano miasto uczciło minutą ciszy pamięć swoich poległych bohaterów. 

Na polu Marsowym przy cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie zabrakło już miejsca. Ludzi trzeba chować... gdzie indziej. To najdobitniej pokazuje, jak bardzo wojna jest zauważalna i odczuwalna także na zachodniej Ukrainie. W dniu czwartej rocznicy rosyjskiej agresji setki Lwowian przyszły na główną nekropolię, by zapalić znicze i położyć kwiaty na grobach tych, którzy do domów już nie wrócili.

Mój mąż zginął pod koniec 2022 roku. Służył w 81. Brygadzie w okolicach Ługańska. To już czwarty rok ciężkich dni. Każdy z nas te straty przeżywa co dnia, ale musimy z tym żyć - powiedziała reporterowi RMF FM jedna z kobiet, która przyszła dziś na cmentarz Łyczakowski. 

Liczę na to, że nie straciłem nikogo bliskiego na wojnie - mówi kolejna. Myślę, że mój młodszy brat jest w niewoli. Przychodzę tu już trzeci rok, żeby upamiętnić naszych bohaterów - dodaje. 

Kiedy to wszystko się skończy?

Kiedy z głośników, z których zwykle wybrzmiewają syreny alarmów, słychać komunikat o "minucie ciszy", w centrum Lwowa samochody zatrzymują się na chwilę. Stają też przechodnie. Wtedy słychać odliczanie zegara. Dla jednych to smutna chwila, by wspomnieć bliskich, dla innych, chwila na modlitwę, by ci którzy są na froncie, szczęśliwie z niego wrócili. Dla jeszcze innych to czas na zadumę i pytanie, które po czterech latach od pełnoskalowej inwazji Rosji, wciąż pozostaje bez odpowiedzi: kiedy to wszystko się skończy? 

Zapanował człowiek nad człowiekiem, a nad nimi diabeł i wojna się toczy - usłyszał dziennikarz RMF FM na ulicach Lwowa w 1462. dniu wojny. 

Mer Lwowa dla RMF FM: Też schodzę do schronu

Władze Lwowa szacują, że po zakończeniu wojny w tym mieście i jego okolicach może być nawet sto tysięcy weteranów. Tamtejsi samorządowcy już teraz starają się przygotować na to, by móc realnie pomóc żołnierzom powracającym z frontu, ale też im bliskim. W mieście powstało m.in. centrum pomocy Unbroken, ale na tym się nie kończy. Każda osoba, która wraca z frontu ma posttraumatyczny syndrom (zespół stresu pourazowego - red.). Na dzisiaj 58 tysięcy osób jest na froncie. Cywile, którzy tu mieszkają mają podobne problemy. Bo jeżeli ojciec, syn czy brat jest na wojnie, to oni to przeżywają. Te cztery lata żyjemy w stresie, ale żyjemy - powiedział RMF FM mer Lwowa. 

Podkreślił, że w ubiegłym tygodniu miasto przechodziło przez trudną sytuację, bo nie było prądu. Prąd był dostępny cztery godziny na dobę, ale wszystko pracowało - stwierdził. 

Dopytywany o to, czy też schodzi do schronu, gdy wybrzmiewa alarm, odpowiedział twierdząco. Mam swoje biuro zapasowe, i tam pracuje - dodał. Podkreślił, że taka sytuacja zdarza się praktycznie co tydzień.

Zapytaliśmy mera Lwowa, czy wierzy, że prezydent USA Donald Trump powstrzyma Putina. Nikt tego nie wie, ale to dobrze, że trwają negocjacje, bo dzięki temu jest nadzieja. Trzy dni temu byłem w obwodzie donieckim i charkowskim, gdzie rozmawiałem z naszymi żołnierzami. Oni nie wierzą w te negocjacje. Oni rozumieją, że musimy walczyć, chronić naszą ziemię i atakować wroga - odpowiedział. 

Na pytanie naszego dziennikarza o nastroje ukraińskich żołnierzy przebywających na froncie Andrij Sadowy stwierdził, że gdy ma stresowe momenty, to jedzie na wschód kraju. Bo tam każdy ma swoją pracę (do wykonania) i wie, że musi to zrobić. Tam jest wróg przed Tobą i musisz koncentrować energię, żeby go zniszczyć - wskazał. 

Relacja RMF FM z Kulikowa. "Kto ma dobry wzrok, widzi wojnę"

Morze żółto-niebieskich flag, które oznaczają poległych na froncie i coraz to nowsze mogiły. Tak po czterech latach wojny na Ukrainie wygląda większość cmentarzy w tym kraju. Tak samo jest w zachodniej części kraju, blisko polskiej granicy, gdzie ze względu na odległość od frontu, sytuacja wydaje się spokojna. Jedną z takich miejscowości, podlwowski Kulików, odwiedził nasz wysłannik Mateusz Chłystun. 
 
Kulików to mała miejscowość między Lwowem a Żółkwią. Bliżej stąd do Warszawy niż Charkowa czy Kijowa. Teoretycznie więc to spokojne miejsce, bez czołgów w pobliżu i ciągłych nalotów. Wojna jest jednak w ludziach. Bliscy części mieszkańców zginęli na froncie. Inni przepadli bez wieści. 

Chrześniak mojej babci został ranny. Przyjechał właśnie na rehabilitację - mówi naszemu reporterowi młody chłopak z Kulikowa. Do rozmowy dochodzi przy memoriale, który stanął w centrum wsi. To kilkadziesiąt portretów tych, którzy oddali życie na froncie. Młodzi ludzie. Roczniki części z nich to 2000. Są też jeszcze młodsi. 

Kto ma dobry wzrok, to i na zachodniej Ukrainie widzi wojnę. Kto nie chce jej zobaczyć to i tak nie zobaczy - mówi nam starsza kobieta. Ludzię są w ciągłej niepewności, w żałobie i strachu. Dzieci szkoda, im jest ciężko. My starzy jakoś sobie radzimy. Raz jest światło, raz nie ma. Prze te wojnę na każdym cmentarzu flagi, nasi chłopcy tam leżą. Młodzi. Mogliby jeszcze żyć i żyć - dodaje. 

Opracowanie: