Według ukraińskiego prezydenta, administracja Donalda Trumpa uzależnia kluczowe gwarancje bezpieczeństwa od wycofania się Ukrainy z całego regionu Donbasu. W tle majaczy konflikt USA z Iranem, który zdaje się dyktować tempo i postawę amerykańskiej dyplomacji wobec Kijowa.

  • Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl

Prezydent Wołodymyr Zełenski wprost wskazuje, że zmiana priorytetów USA ma związek z napiętą sytuacją na Bliskim Wschodzie. Skupienie Waszyngtonu na konflikcie z Iranem sprawia, że Donald Trump dąży do błyskawicznego zakończenia trwającej od ponad czterech lat pełnoskalowej wojny na Ukrainie.

Bliski Wschód zdecydowanie wpływa na decyzje prezydenta Trumpa. Niestety, w mojej opinii, wciąż wybiera on strategię wywierania większej presji na stronę ukraińską - przyznał Zełenski w rozmowie z agencją Reutera.

Choć dokument dotyczący gwarancji bezpieczeństwa miał być "gotowy w 100 proc." już w styczniu, a sam Zełenski twierdził, że wystarczy tylko złożyć podpisy, ostatnie rozmowy w Miami sugerują impas. Amerykanie deklarują gotowość do finalizacji porozumienia na najwyższym szczeblu, ale dopiero wtedy, gdy Kijów zgodzi się na oddanie wschodnich terytoriów Rosji.

Ukraiński przywódca ostrzega, że spełnienie żądań Waszyngtonu byłoby katastrofalne w skutkach nie tylko dla Ukrainy, ale i dla całej Europy. Donbas to obecnie region z potężnymi liniami defensywnymi, znanymi jako "pas twierdz". Oddanie tych umocnień Rosji oznaczałoby utratę strategicznej przewagi, którą ukraińska armia budowała latami.

Według analityków wojskowych, pełne opanowanie tego terenu przez siły rosyjskie tradycyjnymi metodami zajęłoby Moskwie jeszcze wiele lat i kosztowało ogromne zasoby ludzkie. Zełenski uważa, że Rosja gra na zwłokę, licząc, że Waszyngton ostatecznie straci zainteresowanie konfliktem i całkowicie wycofa się z negocjacji.

Mimo napięć na linii Kijów-Waszyngton i zwiększonego zapotrzebowania na broń w rejonie Zatoki Perskiej, dostawy przeciwlotniczych pocisków do systemów Patriot dla Ukrainy nie zostały wstrzymane. Zełenski wyraził wdzięczność administracji Trumpa za utrzymanie ciągłości dostaw tych kluczowych jednostek, zdolnych do strącania rosyjskich rakiet balistycznych. Jesteśmy wdzięczni, ale ta liczba Patriotów to wciąż za mało w stosunku do naszych potrzeb - podkreślił prezydent.

W obliczu niepewności co do dalszego wsparcia z Zachodu, Ukraina intensyfikuje produkcję własnego uzbrojenia. Postępy w pracach nad rodzimymi pociskami dalekiego zasięgu i dronami mają pozwolić Kijowowi na skuteczne uderzenia odwetowe głęboko na terytorium Rosji, niezależnie od geopolitycznych zawirowań na świecie.

Drugie życie Rosji - USA z defibrylatorem

Jak ocenia na łamach "The New York Times" rosyjski niezależny dziennikarz Michaił Zygar, początek roku malował się dla Kremla w najciemniejszych barwach. Pod ciężarem sankcji i kosztów prowadzenia wojny, rosyjskie dochody topniały w oczach. Symbolem upadku stały się styczniowe kontrakty z Indiami, którym Rosja była zmuszona sprzedawać ropę za zaledwie 22 dolary za baryłkę - kwotę stanowiącą zaledwie jedną trzecią rynkowej ceny.

W rosyjskim biznesie zaczęło brakować tlenu. Kredyty stały się nieosiągalne, a widmo masowych bankructw zaglądało w oczy nawet gigantom. Przez długi czas Władimir Putin zdawał się ignorować te sygnały, uznając kontynuację inwazji za priorytet absolutny, przed którym kwestie gospodarcze muszą skapitulować. Jednak w lutym coś pękło - prezydent Rosji niespodziewanie zaczął słuchać technokratów.

W kuluarach Kremla zaczęło wrzeć od plotek o pokoju. Putin wydawał się gotowy do wymiany zespołu negocjacyjnego. Kiryłł Dmitriew, postrzegany jako postać bez realnej sprawczości, miał zostać zastąpiony przez Igora Sieczyna - szefa Rosnieftu i zaufanego "architekta" relacji z amerykańskimi nafciarzami.

Planowano głębokie przetasowania w rządzie, a nad premierem Michaiłem Miszustinem zaczęły gromadzić się czarne chmury. Wszystko wskazywało na to, że Rosja przygotowuje się do deeskalacji, by ratować resztki stabilności finansowej. Jak się okazało, historia miała inne plany.

Wszystko zmieniło się 28 lutego, po ataku na ajatollaha Alego Chameneiego. Wybuch wojny w Iranie zadziałał na rosyjską gospodarkę jak defibrylator. Ceny ropy wystrzeliły w górę, USA, w geście desperacji, zniosły sankcje na rosyjską ropę, by ratować globalną podaż, a popyt na rosyjskie nawozy (Moskwa kontroluje ok. 40 proc. tego rynku) wzrósł do rekordowych poziomów w obliczu zagrożenia światowym głodem.

Dla Putina konflikt w Iranie stał się geopolitycznym wybawieniem. Zachód, zamiast na Ukrainie, musiał skupić uwagę na Bliskim Wschodzie. Co więcej, Amerykanie zaczęli zużywać zapasy amunicji, które pierwotnie miały trafić do Kijowa, a wewnątrz NATO doszło do pęknięć na tle operacji w cieśninie Ormuz.

Na Kremlu jeszcze sielanki nie ma

Mimo nagłego zastrzyku gotówki, sytuacja wewnątrz Rosji pozostaje daleka od sielanki. Kreml popada w coraz większą paranoję przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi - podaje Zygar.

Władze nerwowo reagują na wszelką krytykę: zablokowano Telegram, narastają awarie internetu w Moskwie i Petersburgu, a lojalni dotąd blogerzy wojenni trafiają za kraty. 

Putin stoi przed wyborem: wykorzystać irańską hossę do deeskalacji na Ukrainie, albo zagrać va banque, zaostrzając kontrolę wewnętrzną i ogłaszając nową mobilizację. Klucz do tej decyzji niekoniecznie musi leżeć w Moskwie, lecz może zależeć od tego, jak długo Ameryka pozostanie uwikłana we własną wojnę na Bliskim Wschodzie.