"Uczelnia publiczna nie jest zobowiązana do oceny treści prac naukowych, lecz do ich udostępniania i poddania pod dyskusję" - tak Uniwersytet w Hamburgu odpowiada na falę krytyki po opublikowaniu przez utytułowanego fizyka i nanonaukowca z tej uczelni pracy, której główna teza brzmi: "koronawirus pochodzi z chińskiego laboratorium".

Jej autor, profesor Roland Wiesendanger w rozmowie z telewizją ZDF twierdzi, że "jest pewien na 99,9 procent", iż patogen pochodzi z laboratorium wirusologicznego w Wuhanie, chińskim mieście, gdzie wybuchła epidemia. Profesor z Hamburga zajmował się sprawą przez rok. Owocem tej pracy jest stustronicowy raport.

Brakujące ogniwo

Profesor zauważa w tej pracy, że wciąż nie udało się dowieść naturalnej drogi transmisji obecnego u nietoperzy wirusa RaTG13 na ludzi. Pisze o tym, że jaskinie, gdzie bytują nietoperze, u których stwierdzono ten patogen, są odległe są od Wuhanu o setki kilometrów. Powołuje się również na relacje, że wirusolodzy z Wuhanu pobierali ten patogen od tego gatunku nietoperzy.

Roland Wiesendanger twierdzi, że w laboratorium w Wuhanie poddawano te wirusy mutacjom typu gain-of-function, zwiększającym zdolność patogenu do zarażania ludzi. Przekonuje, że patogen jest dopasowany do receptorów ludzkich komórek w stopniu nietypowym dla koronawirusów. Przywołuje wreszcie pochodzące sprzed pandemii międzynarodowe raporty o niskim poziomie bezpieczeństwa w laboratorium w chińskim mieście.

W wywiadzie dla dziennika Bild profesor argumentuje: "Jest niezwykle mało prawdopodobne, aby nietoperze przedostały się w sposób naturalny do Wuhan z odległości prawie 2000 km, a następnie wywołały ogólnoświatową pandemię w bezpośrednim sąsiedztwie tego instytutu wirusologicznego". Powtarza również, w ślad za amerykańskim Departamentem Stanu, że pierwsi chorowali w Chinach właśnie pracownicy Instytutu Wirusologicznego w Wuhanie.

Spiskowa teoria

Praca wywołała falę krytyki. Autorowi wytyka się, że nie jest wirusologiem i że w raporcie brakuje twardych dowodów. Macierzysta uczelnia profesora jest krytykowana za to, że w ogóle dopuściła do publikacji. Zarzuca się jej, że w ten sposób przyczynia się do propagowania teorii spiskowych.

Praca ukazała się półtora tygodnia po tym jak zespół WHO, badający pochodzenie SARS-CoV-2 ocenił, że prawdopodobieństwo sztucznego pochodzenia jest znikome i wezwał, by wobec tego nie powtarzać tej nieuzasadnionej teorii.  

Niemiecki profesor nie jest jednak odosobniony. Wśród badaczy przekonujących, że SARS-CoV-2 pochodzi z laboratorium jest prezes firmy farmaceutycznej z Seattle, doktor Steven Quay, który wylicza w niedawno opublikowanej pracy, że prawdopodobieństwo naturalnego pochodzenia SARS-CoV-2 wynosi... 0,2%.

Do podjęcia otwartej dyskusji na temat pochodzenia wirusa wezwał niedawno naukowców były szef brytyjskiego wywiadu. Zdaniem Sir Richarda Dearlove, nie ma żadnych powodów, by dyskwalifikować możliwość sztucznego pochodzenia jako teorię spiskową.

Według wielu naukowców taka teza nie zasługuje jednak na nic innego. Liczni specjaliści w dziedzinie genetyki czy wirusologii nie widzą żadnych powodów, by zakładać, że pandemia była efektem czegoś innego, niż kolejnego z wielu przykładów mutacji wirusów przenoszących się ze zwierząt na ludzi. 


Opracowanie: