20 marca do polskich kin wchodzi film "Ostatnia sesja w Paryżu" w reżyserii Rebeki Zlotowski. Laureatka dwóch Oscarów Jodie Foster gra w nim Lilian, lekarkę psychiatrę, która próbuje rozwiązać kryminalną zagadkę. "Im jestem starsza, tym bardziej pociągają mnie lżejsze rzeczy. Może dlatego, że jestem szczęśliwsza, a może mniej zajęta sobą, mniej poważna" - mówi w RMF FM znana aktorka. Jodie Foster opowiada też m.in o "pokoleniu selfie" i o podejściu do starzenia się. "To tylko blizny po dobrym życiu" - zapewnia.
Katarzyna Sobiechowska-Szuchta: W jaki sposób Rebecca namówiła cię do grania po francusku?
Jodie Foster: Zawsze chciałam zrobić taki film. Po francusku i z ważną rolą, taki, w którym byłoby dużo dialogów i mogłabym wykorzystać znajomość drugiego języka. Choć trochę się bałam. I nauczenie się dialogów było dla mnie sporym wyzwaniem. Wcześniej nakręciłam we Francji chyba ze trzy inne filmy, ale to były mniejsze produkcje. A tu przekonał mnie, szczerze mówiąc, scenariusz. Przeczytałam go. Uznałam, że jest naprawdę dobrze napisany, a fabuła i sposób prowadzenia akcji są dynamiczne. Jest inny niż w wielu europejskich filmach, które krążą wokół kina społecznego. A ten film ma prawdziwe śledztwo, bardzo odpowiada mi też sposób prowadzenia tej historii. Nie znałam wcześniej Rebeki. Więc obejrzałam wszystkie jej filmy, a potem spotkałyśmy się. I to był decydujący moment, bo uznałam, że ona zawsze wnosi coś wartościowego do kina.
To co ci się w tym scenariuszu spodobało najbardziej?
To, że zagadka morderstwa jest tu tylko po to, by stworzyć napięcie i napędzać historię. Bo dla mnie chodzi tu o odkrywanie siebie. To jest opowieść o kobiecie, która myślała, że będzie prowadziła śledztwo w sprawie morderstwa. Ale ostatecznie odkrywa swoją własną traumę, bada te części siebie, którymi się dotąd nie interesowała. One są malutkie. Te sprawy dotyczą jej relacji z byłym mężem, z dzieckiem. I tych sekretnych drzwi, których nie chce otworzyć w związku ze swoją bolesną przeszłością. Wydało mi się to naprawdę interesujące. W Europie można robić filmy, które przekraczają i mieszają gatunki. Tu jest i śledztwo, ale jest też trochę komedii, to również osobista historia oraz historia rodzinna. W Stanach w filmach z mainstreamu jest o to bardzo trudno. Kiedy jest to thriller, to musi to być po prostu thriller. Studia opracowują całą strategię. I prawie niemożliwe jest stworzenie filmów, które przełamują gatunki.
"Ostatni sesja w Paryżu" to jest również film z ogromną dawką humoru. Jak się odnalazłaś w takiej komediowej odsłonie?
Nie zdawałam sobie sprawy jak dużo humoru jest w scenariuszu, kiedy czytałam go po raz pierwszy. Były oczywiście fragmenty, które uważałam za bardzo zabawne. I ten humor wyszedł na planie, podczas prób pod kierunkiem Rebeki. Myślę, że im jestem starsza, tym bardziej pociągają mnie lżejsze rzeczy. Może dlatego, że jestem szczęśliwsza, a może mniej zajęta sobą, mniej poważna. A może interesują mnie już inne aspekty mojego życia i bardziej interesuje mnie poczucie humoru moich bohaterów? Gdy spojrzysz na ostatnie rzeczy, które zrobiłam "Hotel Artemis", "Nyad", czy "True Detective", to wszystkie trzy są nieco lżejsze i mają więcej elementów komediowych niż cokolwiek, co zrobiłam od czasu "Mavericka". Ja tak naprawdę nie gram w komediach. I to interesujące, że z wiekiem coraz bardziej mnie one pociągają.
Świetna jest muzyka w tym filmie, mamy "Psycho Killer" Talking Heads, mamy J.J.Cale'a w finale. Dostrzegasz w jaki sposób muzyka pomaga wam opowiedzieć tę historię?
Słuchaliśmy też muzyki podczas kręcenia filmu. Dzięki tym piosenkom film jest, mam wrażenie, lżejszy. Muzyka podtrzymuje historię, utrzymuje tempo, ale ma też w sobie coś dziwacznego. Mogliśmy nakręcić bardzo poważny film: jest terapeutka, ona ma obsesję na punkcie pacjentki, potem schodzi do tej króliczej nory i na końcu się zmienia. Dla mnie to brzmi jak dramat. Nie wygląda mi to na coś lekkiego. I tu jest ta magiczna sztuczka z muzyką, którą Rebecca wykorzystuje.
Zajmujesz się zarówno sztuką mainstreamową, jak i niezależną. Jak zachować w tym równowagę, żeby czuć artystyczną satysfakcję?
Jako aktorka nie zajmuję się za bardzo kinem niezależnym. Co ciekawe wchodzę w takie projekty jako reżyserka i jako producentka. Kiedy byłam młodsza bardzo interesowało mnie bycie wyjątkową postacią, która opowiada historię. Nie grywałam czyjejś dziewczyny, żony czy córki. Robiłam filmy, które dotyczyły mojej postaci. I to było dla mnie ważne, kiedy byłam młoda. Ale to się zmienia, kiedy twoja osobowość jest już na tyle silna, że naprawdę interesują cię inne głosy i słuchanie innych ludzi. Teraz chcę wspierać młodych aktorów, młodych twórców. Chcę wykorzystać moje doświadczenie i pomóc młodym pomysłom wyjść na pierwszy plan.
Każdy z aktorów nieco inaczej przygotowuje się do roli. Na czym ty się skupiasz?
Każdy ma własne systemy, które pomagają mu skupić się i skoncentrować. Ja nie chodziłam do szkoły aktorskiej, nie kończyłam Julliard, nie brałam lekcji. Musiałam sobie sama to wszystko wymyślić. Z czasem było to mi coraz mniej potrzebne. Dziś już wiem, że młodsi aktorzy nie mogą czuć się skrępowani. Nie wolno im się martwić i zadawać sobie pytań: czy dobrze zagram? czy dam radę? Mogą korzystać z wielu narzędzi, ale przede wszystkim warto pozbyć się wszelkich "rozpraszaczy", cokolwiek to jest.
Gdy kobieta z twoim doświadczeniem mówi "to najbardziej satysfakcjonujący moment w mojej karierze" to dobry znak dla innych kobiet, zwłaszcza młodych. Co ty sama przez to rozumiesz?
To wydarzyło się po 60. roku życia. Dużo zamieszania i cierpienia towarzyszyło mi po pięćdziesiątce. I to ciągłe zadawanie sobie pytań: "czy jestem wystarczająco dobra?, "czy moja praca ma znaczenie, czy to wystarczy?" Zawsze byłam niezadowolona. A potem przyszła 60-tka i to uczucie zniknęło. Zastąpiło je nagłe zainteresowanie i ciekawość innych ludzi w niespotykany wcześniej sposób. Byłam ciekawa innych ludzi, chciałam usłyszeć inne głosy, chciałam pomóc, być przydatną. Na przykład w przypadku "True Detective" zachciałam nagle wiedzieć wszystko o rdzennych mieszkańcach. I móc powiedzieć, że mogę wykorzystać moje doświadczenie, mądrość, siłę i status, aby pomóc tym ludziom opowiedzieć ich fascynującą historię. I to daje dużo większą satysfakcję. Choć moja postać tam nie należy do sympatycznych.
Mówisz, co myślisz, nikogo nie udajesz. Musisz wiedzieć, że inspirujesz wiele kobiet. Czy masz tego świadomość?
Ale z drugiej strony wiele kobiet pyta też: "co się z tobą dzieje?". Nie jestem wzorem. Czuję, że jestem po prostu sobą. I mam od zawsze jeden cel: być prawdziwą, być autentyczną. W mojej pracy oglądam filmy, uwielbiam filmy CGI. Lubię takie duże drogie filmy. Uwielbiam te filmy, w których ludzie są szalonymi postaciami, które ulegają przemianom. Ale jako aktorka chcę po prostu grać prawdziwych ludzi. Nie mam ambicji, żeby grać potwora. Mam szczęście, bo umiem akceptować siebie. I myślę, że większość cierpienia, jakie widzę u kobiet w moim wieku, tak naprawdę wynika z braku akceptacji. Te wszystkie wypełniacze, bzdury, dziwne stroje, sztuczne piersi. Współczuję im, bo czuję, że to nie ich wina. Mam wrażenie, że weszły w pułapkę. I chciałbym, żeby wiedziały, jak szczęśliwie można się czuć kiedy patrzysz na siebie i mówisz: wszystko moje, to wszystko ja, to tylko blizny po dobrym życiu.
Ale żyjemy w trudnych czasach. Szczególnie dla kobiet.
Tak, to prawda. To trudny czas dla kobiet. Trudny czas dla wielu ludzi. Pokolenie selfie ma obsesję na swoim punkcie. Na punkcie własnych tragedii, własnej tożsamości, odmienności, tego czy są wystarczająco wyjątkowi. A przecież wcale nie jesteśmy tacy wyjątkowi. I to jest trudne dla nowego pokolenia.
Na koncertach niewielu słucha, wszyscy nagrywają telefonami...
Ale nie tylko koncerty. Nagrywają porody... A tymczasem warto być tu i teraz. Żyć. Być prawdziwym. Ja już w młodości nauczyłam się, że jeśli nie będę miała swojej autentyczności, to ktoś mi zabierze moje prywatne życie. Jako dziecko, gdy jechałam do Disneylandu, musiałam czekać w kolejce. W szkole musiałam zdawać testy i mieć dobre oceny. A w domu musiałam wynieść śmieci. To było prawdziwe życie.
Wiele aktorek mówi głośno tym, że z wiekiem coraz trudniej znaleźć intersujące projekty.
To prawda. Ale ja, jakimś dziwnym trafem, robię jedne z najlepszych rzeczy w moim życiu. W końcu mogę zagrać postać drugoplanową, mroczną, okrutną, to jest prawdziwa transformacja. Mogę dokonać przemiany, na którą nie mogłam sobie pozwolić mając 30 lat. A poza tym ja nigdy nie byłam niczyją żoną, partnerką, nigdy nie byłam niczyją córką. Nie byłam dodatkiem w żadnej romantycznej relacji. Byłam niezależna. Szłam swoją drogą.


