Kanclerz Niemiec Friedrich Merz nie przebierał w słowach podczas swojego wystąpienia w Wuerzburgu, gdzie otwarcie przyznał, że jego podziw dla Stanów Zjednoczonych „nie rośnie”. W szczerej rozmowie z młodzieżą na Zjeździe Katolików Niemieckich szef rządu przyznał, że dziś nie zachęcałby swoich dzieci do wyjazdu do USA, by tam zdobywały wykształcenie i pracowały.

  • Więcej aktualnych informacji z Polski i ze świata znajdziesz na stronie głównej RMF24.pl. Bądź na bieżąco.

Jestem wielkim wielbicielem Ameryki. W tej chwili mój podziw nie rośnie. (...) Nie poleciłbym dziś moim dzieciom wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, aby tam zdobywały wykształcenie i pracowały - przyznał kanclerz, cytowany przez agencję dpa. Słowa te wywołały poruszenie zarówno wśród słuchaczy, jak i komentatorów politycznych, którzy od dawna obserwują ochłodzenie relacji między Berlinem a Waszyngtonem.

Wypowiedź Merza wpisuje się w szerszy kontekst napięć na linii Niemcy-USA. Jeszcze niedawno Berlin był jednym z najwierniejszych sojuszników Waszyngtonu, a wyjazd za ocean uchodził za spełnienie marzeń dla wielu młodych Niemców. Dziś jednak, jak podkreślił kanclerz, sytuacja wygląda inaczej. Zmiany polityczne, gospodarcze i społeczne w Stanach Zjednoczonych budzą coraz więcej wątpliwości wśród europejskich liderów.

Kanclerz pod presją

Spotkanie w Wuerzburgu nie przebiegało spokojnie. Dyskusję z udziałem szefa niemieckiego rządu zakłócili aktywiści klimatyczni, którzy wyrazili swój sprzeciw wobec polityki klimatycznej rządu. Okrzyki i gwizdy na chwilę przerwały wydarzenie, a ochrona musiała interweniować, wyprowadzając z sali jedną z protestujących kobiet. Druga opuściła salę dobrowolnie. Według policyjnych szacunków, przed centrum kongresowym demonstrowało około 400 osób, domagając się bardziej zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu.

To nie pierwszy raz w tym tygodniu, gdy Friedrich Merz musiał zmierzyć się z niezadowoleniem społecznym. Zaledwie kilka dni wcześniej, podczas kongresu niemieckich związkowców w Berlinie, jego wystąpienie również zostało przerwane przez gwizdy i buczenie. Wówczas kanclerz apelował o głębokie reformy, ostrzegając, że "kraj musi wziąć się w garść" bo w przeciwnym razie grozi mu pozostanie w tyle za szybko zmieniającym się światem.

Problemy z komunikacją i nastroje społeczne

Merz nie ukrywa, że ma świadomość własnych ograniczeń w komunikacji. Wiem, że muszę coś poprawić w swojej komunikacji, żeby ten przekaz był lepiej rozumiany - przyznał otwarcie.

Kanclerz podkreślił, że mimo licznych wyzwań, chce dawać krajowi i społeczeństwu optymizm, że można sobie z nimi poradzić. Jednocześnie zaznaczył, że musi jeszcze bardziej wyjaśniać swoje decyzje i kierunek działań.

6 maja minął rok od zaprzysiężenia Friedricha Merza na stanowisko kanclerza. Ten okres nie należał do najłatwiejszych - niskie notowania, kryzys gospodarczy, spory w koalicji CDU/CSU-SPD oraz napięcia w relacjach międzynarodowych sprawiły, że nastroje w kraju są dalekie od optymizmu. Jak podsumował tygodnik "Der Spiegel", w Niemczech panuje obecnie "ponury nastrój", a społeczeństwo coraz częściej wyraża swoje niezadowolenie na ulicach i w sondażach.