Toporna strategia polskich władz w sprawie Mercosuru zepchnęła Polskę na margines negocjacji. Warszawa, wyłącznie dla swoich rolników, nie ugrała niczego - komentuje brukselska korespondentka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon.

  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata na rmf24.pl.

Sztywne stanowisko na "nie"

W sprawie Mercosuru Polska przyjęła złą strategię negocjacyjną, zapowiadając od samego początku, że będzie głosować na "nie". Strategia w ostatnich miesiącach negocjacji coraz bardziej się usztywniała. I to wypchnęło Polskę na margines rokowań. KE i pozostałe kraje UE wiedziały, że cokolwiek by nie zaoferować Polsce, to i tak będzie przeciw. Po co więc cokolwiek oferować? 

Polskie władze, obawiając się gniewu rolników, nieustannie podsycanego przez opozycję, same wykluczyły się z gry. A opozycja w swojej zaciekłości praktycznie nie dawała władzom pola manewru. Koalicja rządząca przyjęła ostatecznie zbyt sztywne stanowisko na "nie". Negocjacje nie polegają na mówieniu tylko "nie". Bo to już nie są negocjacje. To jest jednostronne oświadczenie - mówi osoba związana z koalicją rządzącą pragnąca zachować anonimowość. Kto cię będzie słuchać, jeżeli na pytanie, czy masz jakieś inne propozycje, mówisz "nie, bo jestem przeciw Mercosurowi - zżyma się.

Praktycznie wszystko, co zostało ugrane dla rolników, zostało ugrane dzięki Francji i w ostatniej fazie Włochom, które do końca trzymały Brukselę w niepewności co do ostatecznego stanowiska. Francja zagłosowała "przeciw", Włochy "za", ale oba kraje mogą się pochwalić własnym uzyskiem. Sporo dało się osiągnąć także dzięki Parlamentowi Europejskiemu, który na czele z niezłomnymi polskimi eurodeputowanymi walczył o wzmocnienie klauzul ochronnych dla rolników. I to ostatecznie stanowisko PE w sprawie 5-proc. progu uruchamiania tych bezpieczników zostało przyjęte.

Polska bez inicjatyw

Polska najczęściej tylko wspierała "na doczepkę" pojawiające się postulaty Francji czy Włoch dotyczące zwiększenia środków dla rolników w przyszłym unijnym budżecie, wzajemności (te same zasady produkcji, bez zakazanych w UE pestycydów) czy klauzul bezpieczeństwa. Słabe stanowisko Polski nie było tak widoczne w kraju, bo co rusz miały miejsce głośne i twarde wypowiedzi premiera czy ministra rolnictwa, jednak w Brukseli było to dosyć wyraźne.

Polskie władze nie przedstawiały inicjatyw w sprawie Mercosuru. Warszawa nie negocjowała, skupiając się na swoim "nie". Dlatego też niczego nie ugrała. A pod koniec doszło nawet do tego, że Francuzi przepychali samotnie swoje postulaty, nie oglądając się nawet na Polskę, uważając, że w ten sposób lepiej zabezpieczą swoje interesy. Taką wyłącznie francuską, ugraną w ostatniej chwili przez Paryż była np. kwestia zniesienia cła na niektóre nawozy i zawieszenia podatku węglowego od importowanych nawozów, niekoniecznie korzystna dla Polski ze względu na krajowe zakłady azotowe, które mogą stracić.

Francja wprowadziła także u siebie dekretem zakaz importu niektórych towarów z pozostałościami pestycydów, stawiając Polskę, która takich planów nie miała, w trudnej sytuacji. Natomiast Włochy, włączając się sprytnie i zdecydowanie do gry w ostatniej fazie, uzyskały wcześniejsze wykorzystanie 45 mld euro dla rolników i przesunięcie 10 proc. środków z ogólnej puli na rolnictwo. Rzym mógł ogłosić sukces, że "załatwił" coś dla swoich rolników (nawet jeżeli były to tylko przesunięcia budżetowe, a nie nowe pieniądze). Co natomiast Polska ugrała dla swoich rolników? "Nic" - odpowiada bez ogródek osoba będąca blisko negocjacji. 

Były minister rolnictwa Czesław Siekierski mówi w sposób bardziej oględny: Można było wytargować więcej, jeżeli chodzi o hamulce bezpieczeństwa, ograniczenie importu i zadośćuczynienie w razie naruszenia stabilność unijnego rynku.

"Wszystkie pociągi odjechały"

Był moment, gdy sprawa mogła rzeczywiście wyglądać zupełnie inaczej. W otoczeniu premiera Donalda Tuska nie brakowało osób, które uważały, że umowa z Mercosurem jest demonizowana i że w rzeczywistości nie jest aż tak niekorzystna dla kraju. Byli przekonani, że tak wielka umowa i tak ostatecznie zostanie przyjęta przez UE ze względu na jej ogromne znaczenie geostrategiczne. Osoby te były sfrustrowane toporną strategią na "nie". Uważały, że przynajmniej powinno się podjąć grę, starając się wynegocjować lepsze warunki. Trzeba było mówić "nie",  a w drugim zdaniu "dajcie nam propozycję, może to będzie taka propozycja, że się jednak zgodzimy" - mówi jedna z tych osób.

Jak ujawnił rozmówca, po wyborach prezydenckich, w czerwcu zeszłego roku "był moment, gdy trzeba było pojechać do Brukseli i powiedzieć: «porozmawiajmy o Mercosurze!»". I wtedy jego zdaniem trzeba było położyć na stole: klauzule bezpieczeństwa, gwarantowany fundusz wyłącznie na pokrycie strat w wyniku wejścia w życie umowy z Mercosurem (ten, który jest, obejmuje wszystkie możliwe kryzysy) oraz pieniądze z tzw. drugiego filaru Wspólnej Polityki Rolnej (które w projekcie przyszłego budżetu UE zostały wrzucone do wspólnego worka ze środkami na politykę spójności). Gdybyśmy położyli wówczas na stole te trzy sprawy, to dwie udałoby się z pewnością ugrać - mówi.

Inna z osób dodaje, że można było się wtedy także starać o zgodę Brukseli na wsparcie z krajowego budżetu dla rolników dotkniętych Mercosurem. To właśnie wtedy trzeba było zmienić strategię. Dlaczego tego nie zrobiono? Bo wszyscy lizali rany po przegranych wyborach prezydenckich i rozpoczęły się rozmowy o rekonstrukcji rządu - ujawnia rozmówca. Sprawy krajowe, personalne przepychanki okazały się ważniejsze, niż kształtowanie nowego podejścia do umowy z Mercosurem. Przyszli nowi ludzie (chodzi o objęcie stanowiska ministra rolnictwa przez Stefana Krajewskiego, który zastąpił Czesława Siekierskiego), którzy musieli się dopiero zorientować w nowej sytuacji i zanim się zorientowali, to wszystkie pociągi odjechały - dodaje. I tak polskie władze przegapiły moment i interes rolników.