Około 3,5 tys. osób ewakuowano w Toskanii od czwartku z powodu poważnego pożaru lasów na pograniczu prowincji Lukka i Piza w Toskanii. Sytuacja wciąż jest niebezpieczna. Pożar, który wybuchł trzy dni temu na górze Faeta, wciąż nie został opanowany, a zmieniający się wiatr utrudnia działania ratownicze.

  • Bądź na bieżąco! Po jeszcze więcej informacji zapraszamy na RMF24.pl.

Regionalna gazeta "La Nazione" podaje, że obecnie najbardziej zagrożona żywiołem jest miejscowość Asciano w gminie San Giuliano Terme. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja, kiedy wiatr gwałtownie się nasilił i przyczynił do szybkiego rozprzestrzeniania się ognia, władze podjęły decyzję o ewakuacji mieszkańców. Nakaz dotyczył około 3500 osób. W związku z pożarem zamknięto również drogę krajową. Po kilku godzinach ruch został jednak przywrócony, gdy sytuacja na tym odcinku została uznana za bezpieczną.

Poprawia się powoli sytuacja na zboczu góry Faeta od strony miasta Lukka.

Teren pozostaje pod kontrolą. Strażacy pracują nad opanowaniem płomieni, jednak w zalesionym terenie, wyżej, płomienie wciąż są aktywne. Nie możemy tracić czujności ani niczego przewidywać - powiedział zastępca burmistrza Lukki, Fabio Barsanti. 

Akcja z lądu i powietrza

Pożar trwa już trzeci dzień i według szacunków strawił ponad 800 hektarów lasu. Służby apelują do mieszkańców o zachowanie szczególnej ostrożności i stosowanie się do poleceń władz.

Od wczesnego popołudnia 30 kwietnia w akcję gaśniczą zaangażowane są samoloty oraz helikoptery, które pobierają wodę ze specjalnie przygotowanych górskich zbiorników. Działania prowadzone są zarówno z powietrza, jak i na ziemi, gdzie strażacy oraz wolontariusze ochrony cywilnej walczą o zabezpieczenie domów i powstrzymanie rozprzestrzeniania się ognia.

Wojsko pilnuje ewakuowanych terenów w związku z obawami o szabrownictwo. 

Wszystko przez palenie gałęzi?

Jak powiedział dziennikowi "La Nazione" burmistrz San Giuliano Terme, Sergio Cecchellego, wstępne ustalenia wskazują, że ogień mógł zostać zaprószony podczas spalania gałęzi drzew oliwnych. To właśnie ta praktyka, często stosowana przez rolników, mogła doprowadzić do niekontrolowanego rozprzestrzenienia się ognia na okoliczne tereny leśne.

Wśród mieszkańców miasta panuje przekonanie, że tragedii można było uniknąć. Wielu z nich już we wtorek zauważyło pierwsze płomienie i zgłosiło je odpowiednim służbom. W rozmowach powtarza się opinia, że początkowo zagrożenie zostało zlekceważone, a reakcja była zbyt opóźniona. Mieszkańcy podkreślają, że szybka interwencja mogła ograniczyć skalę pożaru.

Dodatkowym czynnikiem, który przyczynił się do rozprzestrzenienia ognia, były silne wiatry. Przenosiły one płomienie przez lasy iglaste, w których obecność łatwopalnej żywicy sprzyjała szybkiemu rozwojowi pożaru. W efekcie sytuacja wymknęła się spod kontroli.