Szokujące doniesienia z okolic Suwałk. Prokuratura bada sprawę rodzeństwa, które przez blisko 30 lat mogło być przetrzymywane w rodzinnym domu, odcięte od świata. Sprawa, którą opisuje Wirtualna Polska, wyszła na jaw dopiero po śmierci ojca. Sąsiedzi są wstrząśnięci, a lokalna społeczność zadaje sobie pytania, jak to możliwe, że nikt wcześniej nie zauważył dramatu.

  • Prokuratura w Suwałkach bada sprawę rodzeństwa, które mogło być przetrzymywane w domu przez blisko 30 lat.
  • Sprawa wyszła na jaw po śmierci ojca rodzeństwa w styczniu 2026 roku.
  • Rodzina tłumaczyła nieobecność dzieci, podając, że Marzena jest w klasztorze, a Janusz pracuje za granicą.
  • Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na rmf24.pl.

Tajemnicze zniknięcie rodzeństwa

Jak ustaliła Wirtualna Polska, Janusz i Marzena, dziś 47-letnie rodzeństwo ze maleńkiej wsi pod Suwałkami, niemal trzy dekady mogli nie opuszczać rodzinnego domu

Rodzina przez lata tłumaczyła nieobecność rodzeństwa. "Marzena jest w klasztorze w Sejnach, a Janusz pracuje za granicą" - twierdzili rodzice. Te wyjaśnienia nie wzbudzały podejrzeń sąsiadów. We wsi mieszka ok. 50 osób.

Wiele lat temu widziałam tam dziewczynkę. Jechałam drogą, a ona skubała porzeczki. Chciałam zagaić, odwróciłam się, ale już jej nie było. Tacy to byli skryci ludzie. Nie wyobrażam sobie, że oni w tym domu przesiedzieli zamknięci. Te dzieci mają teraz po około 50 lat - mówi w rozmowie z wp.pl. jedna z mieszkanek wsi.

Sprawa wyszła na jaw po śmierci ojca rodzeństwa

Dopiero śmierć ojca rodzeństwa w styczniu tego roku sprawiła, że sprawą zainteresowały się służby.

Po pogrzebie Jana Z., kiedy nikt nie widział dzieci, zaczęły krążyć plotki. Wdowa po Janie, Jadwiga, coś tu pokręciła. Jednym mówiła, że dzieci nie dostały wolnego z pracy albo że nie wróciły z zagranicy. Jeszcze innym powiedziała, że dzieci były na różańcu w kaplicy, ale nikt z uczestników modlitwy ich nie widział - relacjonuje z rozmowie z wp.pl mieszkanka wsi.

Po pierwszej policyjnej interwencji, która miała miejsce pod koniec maja, Janusz i Marzena zostali zabrani z domu do szpitala psychiatrycznego.

Teraz śledczy sprawdzają, czy Jan Z. i jego żona Jadwiga przez lata izolowali od świata swoje dzieci. Zdaniem sąsiadów motywem mógł być wstyd związany z niepełnosprawnością rodzeństwa.

16 czerwca Prokuratura Rejonowa w Suwałkach zleciła czynności sprawdzające dotyczące doniesień o możliwym wieloletnim przetrzymywaniu rodzeństwa. Nikomu nie postawiono dotąd zarzutów.

Co o rodzeństwie wiedziała ich siostra?

W tej historii pojawia się także trzecie dziecko - córka, która od lat pracuje jako nauczycielka w okolicznej szkole. To właśnie jej rola budzi dziś najwięcej pytań wśród sąsiadów. Zastanawiają się, jak wiele wiedziała o sytuacji rodzeństwa. Wirtualna Polska próbowała skontaktować się z kobietą osobiście oraz za pośrednictwem mediów społecznościowych. Do czasu publikacji nie odpowiedziała na pytania.

Dlaczego rodzeństwo nie opuszczało domu?

Z relacji sąsiadów wynika, że nic nie wskazywało na to, by rodzeństwo było niepełnosprawne intelektualnie. Janusz i Marzena - jak wspominają mieszkańcy - ukończyli szkołę podstawową, podobnie jak inne dzieci ze wsi. Nikt nie przypomina sobie, by w dzieciństwie chorowali na coś, co tłumaczyłoby ich późniejsze odcięcie od świata.

Niektórzy wspominają, że w pewnym momencie pojawiła się opieka społeczna. Mówiono, że chłopak zdziczał, tak nawet go nazywano: 'dziki'. Ale tłumaczono też, że to jakaś choroba. Po pewnym czasie wszystko ucichło, wizyty opieki społecznej ustały. Skoro Janek nie pił, nie awanturował się i nie wchodził nikomu w drogę, nie było podstaw do podejrzeń, zainteresowania policji - mówi jeden z mieszkańców.

Tylko jeden rozmówca przyznaje, że w ostatnich latach widział Janusza na własne oczy. Sam się kiedyś wprosiłem do domu. Zobaczyłem Janusza leżącego w łóżku. Miał swój pokoik. Wyglądał jak zwykła chora osoba, nie wiem... na grypę. Nie był przywiązany, nie wołał o pomoc. Zapytałem rodziców, czy potrzebują pomocy w załatwieniu lekarza. Odpowiedzieli, że nie. Uznałem, że nie ma problemu. Dziś tego żałuję. Zresztą co miałbym powiedzieć, zgłaszając swoje przypuszczenia? - mówił mężczyzna.

Jak zauważa wp.pl, Janusz i Marzena ukończyli szkołę podstawową w połowie lat 90. Wtedy przestali być widywani. W tamtych czasach obowiązek szkolny kończył się wraz z podstawówką, a obowiązek nauki do 18. roku życia wprowadzono dopiero pod koniec dekady.