Santa Cruz del Islote, niewielka wyspa na Morzu Karaibskim u wybrzeży Kolumbii, uchodzi za jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na świecie. Na powierzchni zaledwie 1,2 hektara – to mniej niż półtora boiska piłkarskiego – mieszka tu nawet 1200 osób. To miejsce, gdzie pojęcie prywatności praktycznie nie istnieje.
- Santa Cruz del Islote to malutka wyspa powstała na mieliźnie.
- Na wyspie jest około 100 domów, ciasno upakowanych, bez samochodów, parków czy cmentarza - każdy metr jest zagospodarowany.
- Mimo tłoku i problemów mieszkańcy cenią sobie bezpieczeństwo, brak przestępczości i wspólnotę, a większość utrzymuje się z rybołówstwa i turystyki.
- Wyspa stoi jednak przed egzystencjalnymi wyzwaniami.
- Po więcej aktualnych informacji zapraszamy do RMF24.pl
Historia Santa Cruz del Islote sięga XIX wieku, kiedy rybacy z Cartageny i Tolú zaczęli wykorzystywać niewielką mieliznę jako schronienie podczas połowów. Z czasem osiedlili się tu na stałe, doceniając brak komarów i bezpieczeństwo przed sztormami. Aby powiększyć wyspę, mieszkańcy przez lata wykorzystywali muszle, pnie drzew, piasek, koralowce, kamienie, a nawet śmieci. Dziś wyspa to gęsty labirynt domów i wąskich uliczek, gdzie nie ma miejsca na parki, place czy nawet cmentarz. W zasadzie nie ma miejsca na nic.
Na Santa Cruz del Islote znajduje się niecałe 100 domów i zaledwie cztery wąskie uliczki. Nie ma tu samochodów ani rowerów - nie ma na nie miejsca. W jednym pokoju często śpi nawet 10 osób, dzieląc trzy łóżka. Budynki stoją tak blisko siebie, że czasem jedyną drogą na drugą stronę wyspy jest przejście przez dom sąsiada.
Wszystkie dystanse pokonuje się pieszo lub łodzią. Największy publiczny plac ma wielkość połowy kortu tenisowego, a dzieci, by zagrać w piłkę nożną, muszą udać się na sąsiednie wyspy. Mimo tłoku, mieszkańcy podkreślają, że nie zamieniliby swojego domu na żadne inne miejsce na świecie. Przestępczość praktycznie nie istnieje, nikt nie zamyka drzwi na klucz, a policja nie jest potrzebna.


