W punkcie nocnej i świątecznej opieki medycznej w Skierniewicach powinno dyżurować trzech lekarzy. W pracy był jeden. Prokuratura w Łodzi potwierdziła tym samym wcześniejsze ustalenia reportera RMF FM. Wkrótce placówka może stracić kontrakt z NFZ.

Przychodnia w Skierniewicach straci kontrakt NFZ

Punkt nocnej i świątecznej opieki w Skierniewicach w Łódzkiem straci kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Taka decyzja zapadnie jeszcze dziś - dowiedział się reporter RMF FM Mariusz Piekarski. To konsekwencja odmowy lekarza wyjazdu do gorączkującego dziecka. 2,5-letnia Dominika zmarła. czytaj więcej

Kontrolę w punkcie nocnej i świątecznej opieki medycznej w Skierniewicach przeprowadził łódzki oddział NFZ. Wykazała ona "rażące nieprawidłowości". Mamy już przygotowany protokół pokontrolny. Podmiot ma siedem dni na ustosunkowanie się do niego. W najostrzejszym wypadku, a prawdopodobnie taka sytuacja będzie miała miejsce, rozwiążemy w trybie natychmiastowym umowę z tym świadczeniodawcą - powiedziała szefowa łódzkiego oddziału NFZ Jolanta Kręcka.

W tygodniu w punkcie nocnej pomocy lekarskiej dyżurował jeden lekarz, a pozostali byli pod telefonami - wyjaśnia z kolei Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury. W weekendy, kiedy pacjentów było więcej, w placówce było dwóch lekarzy, natomiast jeden dyżurował telefonicznie - dodaje. To właśnie w placówce w Skierniewicach pomocy szukała matka 2,5-letniej Dominiki. Jest bardzo prawdopodobne, że właśnie dlatego, że w pracy był jeden lekarz a nie trzech, medyk nie dojechał do małej dziewczynki. Gdyby bowiem to zrobił, w przychodni nie byłoby żadnego dyżurującego lekarza. Dokumentację z przychodni zabezpieczyła już prokuratura. 

Długa lista świadków do przesłuchania

W poniedziałek przesłuchany został lekarz z punktu nocnej pomocy lekarskiej w Skierniewicach. Po wyjściu z prokuratury nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. Nie mogę o tym rozmawiać, bo sprawa jest w prokuraturze. Nie róbcie sensacji, bo to nie o to chodzi - powiedział jedynie. Natomiast we wtorek prokuratura przesłuchała osiem osób. Zeznawali m.in. ratownicy medyczni, udzielający pomocy dziewczynce i dwaj współwłaściciele ambulatorium nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej w Skierniewicach. Z relacji właścicieli ambulatorium wynika, że zgodnie z kontraktem zawartym z NFZ musieli zapewnić opiekę pacjentom w godzinach nocnych oraz w weekendy i święta ze strony trzech lekarzy i trzech pielęgniarek - powiedział rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania. Jednak z powodu małej liczby pacjentów  - jak wynika z zeznań - stosowana była praktyka, że w tygodniu w placówce jest jeden lekarz i pielęgniarka, a pozostali dyżurują "pod telefonem". Natomiast w weekendy, kiedy pacjentów jest więcej, dyżuruje dwóch lekarzy w placówce, a jeden jest "pod telefonem".

Z zeznań pracowników punktu wnika, że do ich obowiązków należały też wizyty u pacjenta, jeżeli nie był on w stanie sam dotrzeć do placówki. Jeżeli lekarz jedzie do pacjenta i uzna, że wymaga on leczenia szpitalnego, jego obowiązkiem jest przewiezienie pacjenta do szpitala. "Natomiast twierdzą, że nie są w stanie podjąć działań ratujących życie, bo lekarze nie mają przy sobie odpowiedniego sprzętu - tłumaczy prokurator Kopania. Według śledczych, właściciele ambulatorium zapewnili, że w każdym przypadku decyzję co do wizyty lekarskiej podejmuje dyżurujący lekarz. W ich ocenie, w przypadku małej Dominiki była to decyzja lekarza, który rozmawiał z matką dziewczynki. Zdaniem prokuratury, z zeznań jednego z ratowników medycznych wynika, że kiedy pierwsza karetka dotarła na miejsce, okazało się, że ambulans miał awarię i kierowca nie był w stanie uruchomić silnika. Niebawem przyjechała karetka specjalistyczna z lekarzem. Na środę prokuratura zaplanowała przesłuchania pracowników szpitala im. Konopnickiej w Łodzi. To tam w bardzo ciężkim stanie trafiła 2,5-latka.

Zmiany w funkcjonowaniu przychodni nieprędko

Od kilku dni minister zdrowia zapowiada zmiany w funkcjonowaniu nocnej i świątecznej pomocy medycznej. Na razie pieniędzy na zmiany szuka Narodowy Fundusz Zdrowia. Bartosz Arłukowicz chce, żeby opieka medyczna dla dzieci była oddzielnie kontraktowana. W poniedziałek szef reportu zdrowia spotkał się z konsultantami ds. pediatrii, ratownictwa medycznego i medycyny rodzinnej. Impulsem do rozmów była tragiczna śmierć 2,5-letniej Dominiki, do której na czas nie dotarła pomoc.

Problem jednak w tym, że oprócz stwierdzenia, że opieka medyczna dla dzieci powinna być oddzielnie kontraktowana, na razie żadnych szczegółów ewentualnych zmian nie poznaliśmy. Szczegółowe rozwiązania zaprezentujemy z NFZ, bo to wiąże się z pewnymi decyzjami, które muszą zapaść w sposób formalny. Zaś te decyzje zostały podjęte - usłyszał od ministra reporter RMF FM. Czy NFZ zakontraktuje nowe świadczenia? Czy w każdym ambulatorium będzie musiał być pediatra? Czy będą na to dodatkowe pieniądze i w końcu, czy NFZ będzie mógł aneksować już zawarte kontrakty? Na razie nie znamy odpowiedzi na te pytania. W siedzibie narodowego Funduszu Zdrowia usłyszeliśmy, że w przyszłym tygodniu zostanie powołany specjalny zespół, który będzie pracował nad zmianami. 

Śledztwo w sprawie śmierci małej Dominiki prowadzi prokuratura w Skierniewicach. Przeprowadzona wczoraj w Zakładzie Medycyny Sądowej w Łodzi sekcja zwłok dziewczynki nie wyjaśniła przyczyn zgonu. Według biegłego, niezbędne są kolejne badania: histopatologiczne oraz prawdopodobnie toksykologiczne.

Z nagrań przeprowadzonych przez matkę dziecka z Wojewódzką Stacją Ratownictwa Medycznego w Łodzi wynika, że kobieta szczegółowo informowała dyspozytora o stanie dziecka. Mówiła m.in., że dziewczynka gorączkuje (w trakcie rozmowy miała 39 stopni C, wcześniej temperatura dochodziła do 42 st. C), od trzech godzin maluch ma ma biegunkę, dreszcze i drgawki. Matka podała też informację, że dziecko jest pod opieką neurologa. W odpowiedzi dyspozytor podał kobiecie telefon do poradni świadczącej nocną i świąteczną pomoc medyczną w Skierniewicach. Tam również kobieta odbiła się od ściany.

W końcu do dziecka przyjechały dwie karetki. Problem w tym, że w pierwszej były puste butle z tlenem i nie było lekarza a jedynie ratownik. Kiedy przyjechała druga ekipa na pomoc było już za późno. Dziecko trafiło do szpitala w krytycznym stanie.