Waga około 35 kilogramów, tyfus, utrata matki i siostry - to bilans, z którym Leon Weintraub, ocalały z obozu koncentracyjnego i Zagłady Auschwitz-Birkenau, doczekał końca II wojny światowej. Emerytowany lekarz niespełna miesiąc temu obchodził swoje setne urodziny. Dorastając wśród kobiet: mamy, cioci i czterech starszych sióstr, po wojnie - jako położnik - swoje życie poświęcił kobietom. "Chciałem pomóc życiu. Byłem tak blisko ze śmiercią i chorobami, że po wojnie moim celem było to, żeby zostać lekarzem. A jeśli miałoby się to stać, to lekarzem położnikiem, lekarzem dla kobiet. To było chyba świadome przemyślenie: pomagać życiu, jako przeciwwaga do cierpień i obecności śmierci w obozie" - mówi w 81. rocznicę wyzwolenia obozu w rozmowie z Magdaleną Olejnik, wspominając moment, gdy jako 18-latek trafił do Auschwitz.
- Najnowsze informacje z Polski i całego świata znajdziesz na RMF24.pl.
Leon Weintraub, który na co dzień mieszka w Szwecji, urodził się w Łodzi 1 stycznia 1926 roku. Gdy miał 1,5 roku, stracił ojca. Lato 1939 roku wspomina jako wspaniały czas oczekiwania na kontynowanie nauki w gimnazjum im. Józefa Piłsudskiego w Łodzi, do którego wcześniej uczęszczał Julian Tuwim. Po agresji niemieckich hitlerowskich nazistów, zimą 1940 roku, znalazł się w łódzkim getcie - Litzmannstadt. Był tam więziony ponad cztery lata, a słowo będące najsilniejszym powidokiem tego okresu, to głód. W sierpniu 1944 roku, kiedy likwidowano getto, a on miał 18 lat, został deportowany do obozu Auschwitz-Birkenau. Jego reminiscencje nie są zatem rozmytymi obrazami wspomnień dziecka, a człowieka w pełni świadomego - wtedy i dziś, który jako jeden z ostatnich z bezpośrednich świadków i ocalałych, stanowi memento tego tak odległego, ale jednak tak bliskiego czasu.
Moje pierwsze odczucie w Auschwitz to oszołomienie. Po długiej podróży, gdzie nas zwodzono fałszywymi przyrzeczeniami - były takie plakaty rozwieszone, że "dla naszego dobra", "ze względu na nasze bezpieczeństwo", "ponieważ front się zbliża", armia radziecka już po prawej stronie Wisły, więc żeby nas "uchronić", żebyśmy "nie znaleźli się między frontami" i "nie doznali szkody", getto będzie przeniesione w "bezpieczne miejsce w głąb Trzeciej Rzeszy". Około 18 sierpnia, albo może 17, przeprowadzono nas do na ulicę Czarnieckiego w Łodzi. Dawne jakieś więzienie, chyba. Nazajutrz rano nadjechał pociąg towarowy. To pierwsze rozczarowanie, pierwsze "oszukaństwo". Wpakowano nas tak ciasno, że mogliśmy tylko stać obok siebie. Nie było mowy, żeby się położyć albo usiąść. Od razu stało się jasne, że coś tu się nie zgadza. Tak się nie przewozi ludzi na nowe miejsce pracy, jak nam obiecano. Ale co szczególnie zachowało się w mojej pamięci? To, że nie słyszę żadnego głosu, dźwięku, przez całą tę podróż - z przerwami wielogodzinnymi na bocznych torach, żeby przepuścić inne pociągi, żołnierzy na front. Byliśmy tacy oszołomieni tym oszukaństwem, byliśmy jakby sparaliżowani… Nie mam w pamięci żadnego dźwięku.
No i po tych trudach podróży, bez jedzenia, bez picia, pociąg stanął. Rozwarto drzwi i tylko krzyki: "Raus! Raus! Raus!". I jakieś dziwne postacie, w takich jakby piżamach niebiesko-szaro-białych prążkach, z taką opaską na ramieniu "kapo". To byli więźniowie, którzy nawoływali. Naganiali nas, żeby wysiadać. No i to ostatnie spojrzenie na mamę. Pomachałem ręką, mówię: "Mamo, zobaczymy się w środku". I krzyki: "Kobiety w prawo! Mężczyźni w lewo! I szybko, szybko do przodu!". Stała cała grupa oficerów w czarnych esesmańskich mundurach. Pomachałem mamie ręką i - "zaraz się zobaczymy". Myślałem, że to jest po to, żeby policzyć, ile jest kobiet, ilu mężczyzn. W tym biegu do przodu patrzę kątem oka: ogrodzenie, słupy, druty kolczaste, ale ponadto białe, porcelanowe izolatory z przewodami. I od razu dla mnie było jasne, że to ogrodzenie - poza drutami kolczastymi - ma także druty pod prądem. To było kolejny szok. Gdzie ja wylądowałem?
Ale do przodu, szybko, szybko. Tak dobiegłem już do tego miejsca, gdzie byli ci, którzy prowadzili tak zwaną selekcję (najpierw - po przyjeździe do obozu - oddzielano kobiety od mężczyzn, a potem odbywała się selekcja, która polegała na tym, że dzieci, kobiety z dziećmi, chorzy, mężczyźni i kobiety w podeszłym wieku i osoby niezdolne do pracy były kierowane od razu do komory gazowej, oczywiście mówiąc im najczęściej o "prysznicu". W pomieszczeniu, w którym w pewnym momencie się znajdowali, czyli w komorze gazowej, z pryszniców nie wydostawała się woda, a gaz. Był to Cyklon B, czyli gaz kwasu pruskiego, preparat owadobójczy na bazie cyjanowodoru, jedna z najsilniejszych trucizn - przyp. red.).
Ten słynny kciuk pokazywał w prawo: niezdolny do pracy, od razu do zamordowania w komorze gazowej. Kciuk w lewo - śmierć z odroczeniem, ale jeszcze zdolny do użytku, zdolny do pracy. Ja byłem drobniutki, byłem wątły, wygłodzony, ale kciuk wskazał mnie na lewo. Dopiero dużo później dowiedziałem się, że to był Auschwitz-Birkenau.
No i zaczęła się ta procedura dehumanizacji, pozbawienia wszelkich atrybutów człowieka. Cały proces zamiany z człowieka na przedmiot jednorazowego użytku. Póki zdrowy na tyle, że można go wykorzystać do wykonywania pewnych czynności - w porządku. A jak nie jest zdolny, to się go likwiduje, uśmierca. Oddzielili mnie od rodziny, od mamy, cioci i sióstr.
Auschwitz to trzy czynniki: przede wszystkim samotność, ale i oddzielenie, i żal. Warunki w tym bloku dziesiątym, młodzieżowym, bo to były tak zwane bloki, nie baraki, cała procedura stawania się więźniem Auschwitz-Birkenau... No i najgorsze było, że przez okrągłą dobę z tych wysokich kominów walił - nieprzerwanie - czarny, gęsty, cuchnący spalonym mięsem dym, który przesiąkał wszystko: powietrze do oddychania, odzież; był wszechobecny i przygnębiający. Myśmy byli, ja przynajmniej, zupełnie nieświadomi, gdzie nas przywieziono. Tak że nie miałem pojęcia, gdzie ja jestem. I w tym całym transporcie z getta z Litzmannstadt nie widziałem żadnych znajomych mi twarzy. Próbowałem stać się niewidzialnym. Wszystko, żeby tylko nie podpaść, bo podpaść oznaczało bicie.
Samotność, depresja, ten smród palonego mięsa i lęk spowodowały jakąś "gotowość", gdy po wielu tygodniach - już miałem postrzępione te trzy łachy, które nam dano, koszulę, spodnie i kurtkę - zobaczyłem między blokiem szesnastym a osiemnastym grupę nagich mężczyzn. Odważyłem się zapytać, co oni tam robią nago i usłyszałem, że "nas już zarejestrowano". To znaczy, że dostali numery wytatuowane na lewym przedramieniu. "Czekamy na ubrania, żeby wyjechać do roboty". Słowo "wyjechać" było jakby sygnałem, bez zastanowienia. Spojrzałem w lewo, w prawo. Nie było esesmanów ani tych więźniów - funkcjonariuszy kapo - w polu widzenia. Tak się wmieszałem w tę grupę.
Na szczęście nie sprawdzali, bo gdyby odkryli, że nie byłem rejestrowany, że nie mam numeru, to by mnie zatrzymali i kilka dni później byłbym zamordowany. Naoczny świadek, przyjaciel rodziny Felek Kupferman, opowiedział moim siostrom po wojnie w Bergen-Belsen, że był świadkiem, jak ja zginąłem. Potem były kolejne obozy (dr Leon Weintraub trafił wtedy do obozu Gross Rosen, a potem m.in. do obozu Flossenbürg; wyzwolenia doczekał pod Donaueschingen – przy. red.).
Moje siostry powiedziały mi po wojnie - te co przeżyły, bo jedna, Róża, zginęła w Stutthofie - jak to było podczas ich selekcji. Podeszły do grupy esesmanów, oficerów. Jeden z nich, ten, co był niegodny tego tytułu, oficer na "M", ale jego nazwiska nie wypowiem (chodzi o Josefa Mengele - przyp. red.), o coś tam zapytał mamę. Mama odpowiedziała poprawną niemczyzną, bo władała i rosyjskim, i niemieckim. Potem wskazał ciocię kciukiem na prawo. Mama trzymała swoją dziesięć lat starszą siostrę za rękę i ciocia Ewa pociągnęła ją ze sobą. Razem poszły na prawo. Tego samego dnia, 19 sierpnia 1944 roku, zostały bezlitośnie zamordowane w komorze gazowej i potem spalone w krematorium.
Moje trzy siostry przeżyły. 6, 5 i 4 lata starsze ode mnie, Lola, Franka i Mala. Były w kilku obozach, w końcu wylądowały w Bergen-Belsen. Były już "bardziej trupy" niż żywe osoby.
Świadome myślenie było w moim wypadku, i chyba wielu innych współcierpiących, praktycznie wyłączone. Mówi się u nas w medycynie "Mens sana in corpore sano", czyli z łaciny "W zdrowym ciele zdrowy duch". Ponieważ ciało było dalekie od nazwania go zdrowym - wymęczone, wygłodzone, wychudzone, cierpiące - to daleko było od "świadomego ja". Mam na to dowód. Ja, kochający syn ukochanej mamy i sióstr, nie mam w moim mózgu wspomnienia, żebym kiedykolwiek pomyślał, co się stało z mamą i siostrami, ciocią. Czyli ciało było tak wymęczone, że i mózg był na tyle osłabiony, że w moim wypadku nie był w stanie myśleć w ogóle. Jeśli natomiast chodzi o myślenie jako o wolę, to w tej sytuacji - jako więźniowie - byliśmy pozbawieni możliwości decydowania o naszym losie i nie mieliśmy na niego najmniejszego wpływu. Byliśmy oddani i poddani władzy tych niemieckich hitlerowców, nazistów. Tylko wyjątkowo, jak w moim przypadku, gdyby nie te parę kroków, które zrobiłem odruchowo, bez zastanowienia się, gdyby nie włączenie się do tej grupy, to by mnie tutaj nie było.
Chciałem pomagać życiu. Byłem tak blisko ze śmiercią i chorobami, że po wojnie moim celem było to, żeby zostać lekarzem. A jeśli miałoby się to stać, to lekarzem położnikiem, lekarzem dla kobiet, którym my, mężczyźni, zawdzięczamy nasze istnienie. Mężczyźni mają minimalny wkład, a kobiety poświęcają długie lata swojego życia na wychowanie, na utrzymanie jedynego ludzkiego gatunku. Co prawda wychowałem się wśród kobiet - mama i cztery siostry, ciocia - ale to było chyba świadome przemyślenie: pomagać nowemu życiu, jako przeciwwaga do cierpień i obecności śmierci w obozie.
Bycie takim lekarzem, to był z jednej strony odruch, ale z drugiej strony świadomy wybór tej, a nie innej specjalności w medycynie. Jestem szczęśliwy, że mi się to udało i że wiele dzieci mówi, że ma "dziadka ze Sztokholmu" (dr Leon Weintraub po wojnie był przez niecałe trzy lata ordynatorem oddziału położniczo-ginekologicznego w Otwocku; w 1969 roku wyemigrował do Szwecji, co było pokłosiem wzrastającego w Polsce antysemityzmu, i tam, po dziesięciu tygodniach nauki języka, przez kilkadziesiąt lat pracował jako ginekolog-położnik).
Co roku jestem w Polsce, niekiedy kilka razy. Za każdym razem widzę, jaki jest postęp. Te autostrady, podaż w sklepach, wszystko jest i teraz pytanie: czemu obok ludzi zadowolonych życiem, przyjaźnią, są osobniki, które kierują się najgorszymi instynktami i nie są nauczeni przez historię? Przypisują sobie jakieś wyjątkowe właściwości. Dzielą Polaków na "my" i "wy". Mają chęć wywyższania się nad innymi i robią to nie przez własne zasługi, a przez poniżanie innych. Przypisują sobie prawo do decydowania o życiu innych ludzi - innych z powodu koloru skóry, religii, sytuacji społecznej. To prowadzi prosto do mordowania w komorach gazowych.
Wiele razy w roku spotykam się z młodzieżą i tłumaczę im, że cała ideologia rasowa jest błędna, nieudowodniona. Współczesne badania naszego dziedzictwa genetycznego, DNA, udowadniają: jest tylko jedna rasa ludzka - Homo sapiens. Jako położnik, który pomaga nowemu życiu w przyjściu na świat, wiem, że w tym "nowym mózgu" nie ma żadnych uprzedzeń, nie ma żadnych ideologii. Rodzimy się wszyscy jako ludzie i proszę mi wierzyć: jak operuję to - niezależnie od koloru skóry - tkanka podskórna jest absolutnie taka sama u wszystkich. Powinniśmy żyć ze sobą w przyjaźni. Ile to kosztuje - w budżecie krajów - wydatki na broń; a gdzie cena za ludzkie życie? Świadomość, że niektórzy myślą inaczej, to jedna z moich bardziej przykrych refleksji, jako mimo wszystko humanisty, którego dewizą były hasła encyklopedystów: wolność, równość i braterstwo.
To miejsce i ta data, Auschwitz International Holocaust Memorial Day (Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu przypadający 27 stycznia - przyp. red.), stały się światowym symbolem. W jaki sposób ludzie mogli innym ludziom taki los przygotować? To symbol grozy i symbol maksymalnego okrucieństwa wobec ludzi tylko dlatego, że się według sprawców różnią. Słowa "różnić się" zamiast "wzbogacać" - jako różnorodność, wielorakość - stały się dla tych ludzi powodem do prześladowania i zamordowania milionów.
Dopuszczenie, żeby to uległo zapomnieniu, w moim pojęciu i wielu innych, którzy przeżyli, byłoby powtórnym zamordowaniem tych milionów niewinnych ludzi. Pamięć o tym powinna być zachowana na wszelkie czasy. Apeluję do młodzieży: rodzimy się jako ludzie. Nie ma różnicy w mózgach, tkankach. One są biologicznie identyczne. Żyjmy jako ludzie, od kolebki do trumny, w przyjaźni, obok siebie. To nie kosztuje grosza. Może to utopia, ale mam nadzieję, że zwycięży.


