Piotr Koper, który dziesięć lat temu poszukiwał w Wałbrzychu "Złotego Pociągu", przerywa milczenie i przedstawia wyniki swoich najnowszych badań. W rozmowie z autorami popularnego kanału YouTube „History Hiking” mówi wprost: "Wiem, że tam jest tunel. Widzę go na badaniach, mamy odwierty. To 1200 metrów podziemnej konstrukcji". Na drodze do odkrycia stanął jednak urzędniczy klincz i... cztery drzewa.

  • Minęła dekada od słynnego "Złotego Pociągu", a Piotr Koper nadal szuka podziemnych tajemnic Dolnego Śląska.
  • Nowe badania wskazują na gigantyczny, ponad kilometrowy tunel niedaleko Zamku Książ - tajemnicza anomalia pod ziemią budzi spore emocje.
  • Co kryje tunel? Kolejne ogniwo kompleksu Riese czy coś zupełnie innego? Tego dowiesz się, czytając cały artykuł!
  • Bądź na bieżąco! Wejdź na stronę główną RMF24.pl


Dekada w cieniu legendy "Złotego pociągu"

Mija dekada od momentu, gdy Piotr Koper wraz z Andreasem Richterem oficjalnie zgłosili znalezienie pociągu pancernego z czasów II wojny światowej. Media ochrzciły go mianem "Złotego Pociągu", choć sami odkrywcy od początku tonowali nastroje. Tamte wydarzenia zmieniły Wałbrzych na zawsze, ściągając tysiące turystów i ekipy telewizyjne z najdalszych zakątków globu.

Choć w 2016 roku prace na 65. kilometrze nie przyniosły spektakularnego finału, Piotr Koper nigdy nie złożył broni. Przez lata, w ciszy i z dala od blasków fleszy, prowadził kolejne badania. Dziś powraca z dowodami na istnienie innego obiektu, który skalą może przyćmić wszystko, co dotychczas wiedzieliśmy o podziemiach Dolnego Śląska.

"Widzę go na łąkach". 1200 metrów tajemnicy

Nowe miejsce poszukiwań znajduje się w strategicznym punkcie - niedaleko słynnego Zamku Książ. To tutaj, według najnowszych badań geofizycznych przeprowadzonych na zlecenie Kopra, ma przebiegać gigantyczny, przeszło kilometrowy tunel.

Wiem, że ten tunel istnieje. Widzę go tutaj, pod naszymi stopami, i widzę go tam, na łąkach - mówi Piotr Koper, wskazując na rozległy teren otaczający jedną z największych rezydencji w Polsce - Jeśli połączymy kropki, punkty A, B i C, powstaje nam jedna, idealnie prosta linia o długości 1200 metrów.

Poszukiwacz zastosować miał trzy metody badawcze: metodę elektrooporową (w systemach Dipol-dipol oraz Schlumberger) oraz badania georadarowe. Wyniki we wszystkich przypadkach wskazują na tę samą anomalię - wyraźną pustkę lub strukturę podziemną, która zdaniem Kopra nie jest dziełem natury.

Dowód koronny: odwierty rdzeniowe

Najbardziej przekonującym dowodem mają być jednak odwierty rdzeniowe, które Fundacja "Złoty Pociąg" wykonała po żmudnym przygotowaniu terenu. Aby wiertnica mogła w ogóle dotrzeć na miejsce, poszukiwacze musieli własnym sumptem poszerzyć i udrożnić półtora kilometra leśnej drogi.

Wyniki wierceń wprawiły geologów w osłupienie. Na głębokości 11 metrów natrafiliśmy na coś, co geologicznie jest niemożliwe - tłumaczy Koper - Do głębokości 8,5 metra mamy twardą skałę, zlepieniec gnejsowy. To naturalna calizna. Ale niżej, zamiast litej skały, wyciągnęliśmy żwir, glinę i rumosz skalny.

Według organizatora poszukiwań obecność zwietrzałego materiału i gliny naniesionej przez wodę na tej głębokości, bezpośrednio pod warstwą twardej skały, jednoznacznie sugeruje ingerencję człowieka. Przez 80 lat woda płynąca tunelem nanosiła glinkę, która zamuliła otwór. To nie jest zawał, to celowy zasyp wykonany z materiału, który nie pochodzi z tego miejsca - dodaje odkrywca.

Co więcej, drugi odwiert wykonany zaledwie 2,5 metra dalej, potwierdził te przypuszczenia - tam wiertło przez cały czas pracowało w litej, nienaruszonej skale. Miałby to być dowód na to, że pierwszy otwór trafił precyzyjnie w środek podziemnej konstrukcji.

Urzędnicza ściana i "bitwa o cztery drzewa"

Choć dowody wydają się być na wyciągnięcie ręki, prace zostały wstrzymane. Powodem nie jest brak funduszy czy sprzętu, lecz biurokratyczny pat. Teren, na którym znajduje się domniemane wejście do tunelu, podlega Lasom Państwowym.

Jesteśmy w absolutnym klinczu - przyznaje z goryczą Koper - Aby dokonać wykopu weryfikacyjnego, musimy usunąć cztery niewielkie drzewa o średnicy nieprzekraczającej 30 centymetrów. I tu zaczynają się schody, których nie potrafimy pokonać od roku.

Nadleśnictwo wymaga od fundacji zmiany sposobu zagospodarowania działki leśnej. To z kolei wiąże się z koniecznością stworzenia planu zagospodarowania przestrzennego przez gminę Wałbrzych.

Szukamy arbitra. Kogoś, kto usiądzie z urzędnikami i powie: "Panowie, rozsądku trochę". Tu wystarczy wykopać jedną dziurę, sprawdzić co jest w środku i jeśli odkrycie się potwierdzi, wtedy uruchamiać całą machinę planistyczną - apeluje Koper.

Między pasją a "beczką pomyj"

Piotr Koper nie ukrywa, że jego determinacja wynika nie tylko z pasji odkrywcy, ale także z chęci odzyskania dobrego imienia. Po wydarzeniach z 2015 roku na poszukiwaczy wylała się fala hejtu. Zarzucano im mistyfikację, chęć zysku, a nawet układy z miastem mające na celu jedynie promocję regionu.

Moja wiarygodność spadła bardzo mocno. Wylano na mnie całą beczkę pomyj - wyznaje - Teraz chciałbym niektórym osobom zamknąć te rozgadane twarze. To będzie dla mnie największa nagroda.

Co kryje wałbrzyska ziemia?

Pytanie o to, czym jest odkryty obiekt, pozostaje otwarte. Czy to kolejna część tajemniczego kompleksu Riese? Czy może brakujące ogniwo w systemie podziemi Zamku Książ? Koper unika spekulacji o "złocie", nauczony doświadczeniem sprzed dekady. Wtedy dokumenty zawiadamiające o znalezisku miały, jak mówi, wyciec do mediów, co wywołało niekontrolowany chaos.

Tym razem chcę więcej prywatności. Takie odkrycia wolą ciszę - mówi Piotr Koper.

Dziś miejsce potencjalnego odkrycia jest monitorowane i chronione przed "dzikimi" poszukiwaczami, którzy próbowali już na własną rękę prowadzić tam amatorskie wykopy. Straż leśna i policja zostały powiadomione o incydencie.