"W Tadżykistanie jest niestety jak w rosyjskiej ruletce. Może pojawi się śmigłowiec i wylecimy z bazy już dzisiaj, a może będzie za 3 dni. Na nic się nie nastawiamy i odpoczywamy" - mówi o dalszych planach Andrzej Bargiel w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem. Zakopiańczyk wczoraj zdobył trzeci szczyt Śnieżnej Pantery - Pik Komuznima (7495 m n.p.m.). Część drogi powrotnej do bazy pokonał zjeżdżając na jednej narcie. Druga złamała się, gdy przeskakiwał przez szczelinę. "Po prostu za duża siła tam gdzieś poszła. Nawet się nie wywróciłem. Jestem cały i zdrowy" - zaznacza w rozmowie przez telefon satelitarny. Przed Bargielem teraz wejście na Chan Tengri (7010 m n.p.m.) i Pik Pobiedy (7439 m n.p.m.).

"W Tadżykistanie jest niestety jak w rosyjskiej ruletce. Może pojawi się śmigłowiec i wylecimy z bazy już dzisiaj, a może będzie za 3 dni. Na nic się nie nastawiamy i odpoczywamy" - mówi o dalszych planach Andrzej Bargiel w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem. Zakopiańczyk wczoraj zdobył trzeci szczyt Śnieżnej Pantery - Pik Komuznima (7495 m n.p.m.). Część drogi powrotnej do bazy pokonał zjeżdżając na jednej narcie. Druga złamała się, gdy przeskakiwał przez szczelinę. "Po prostu za duża siła tam gdzieś poszła. Nawet się nie wywróciłem. Jestem cały i zdrowy" - zaznacza w rozmowie przez telefon satelitarny. Przed Bargielem teraz wejście na Chan Tengri (7010 m n.p.m.) i Pik Pobiedy (7439 m n.p.m.).
Andrzej Bargiel /Marcin Kin Photography /

Michał Rodak: Udało ci się odpocząć po długim ataku?

Andrzej Bargiel: Tak, na szczęście jest dobra pogoda. Słońce tutaj nam świeci, więc można było w spokoju pospać.

Jak wyglądał atak na szczyt? Wszystko ułożyło się po twojej myśli?

Tutaj zeszło troszeczkę, bo na Piku Komunizma są bardzo duże odległości. Łącznie to około 4000 metrów przewyższenia. Było też sporo opadów przez ostatnie dni i musiałem dużo pracować, żeby się przebijać wyżej. To było bardzo uciążliwe i dlatego też podzieliłem atak na dwa etapy. Przedwczoraj wyszedłem o godzinie 16 lokalnego czasu (13 czasu polskiego - red.), by dojść do wysokości 6000 metrów i stamtąd dopiero po nocy ruszyłem na szczyt. Choć tego nie lubię robić za bardzo, było to najrozsądniejsze i udało się, mimo że nie było to łatwe. Było dużo, dużo pracy, ale też fajny zjazd. Niestety też pod jego koniec musiałem walczyć i zjeżdżać na jednej narcie, bo jedna się złamała. Przy takiej łamliwej grani było to dość ciężkie, ale udało się. Jestem cały i zdrowy w bazie.

Ale nic poważnego się nie stało?

Nie, nie. Po prostu za duża siła tam gdzieś poszła, gdy przeskakiwałem przez szczelinę. Nawet się nie wywróciłem, ale siła była na tyle duża, że po prostu narta się wygięła w górę.

To już było w pobliżu obozu pierwszego, już blisko końca zjazdu?

To było gdzieś na 5500 metrów, więc miałem jeszcze tysiąc metrów do przejechania, ale już było ok. Widziałem bazę, więc perspektywa była przyjemna. Wszyscy tutaj też się cieszą, że już to jest za nami.

Kiedy rozmawialiśmy przed atakiem, mówiłeś że z trzech dotychczasowych szczytów (przed Pikiem Komunizma zakopiańczyk zdobył już Pik Lenina i Pik Korżeniewskiej - przyp. red.) tutaj będzie najtrudniej. Rzeczywiście tak było?

Właśnie te odległości tutaj są uciążliwe, bo są strome odcinki, są seraki, pod którymi odkłada się bardzo dużo śniegu i ciężko się przez z to przebić, a później są też wypłaszczenia, duże plateau, gdzie idąc w kierunku szczytu trzeba zjechać w ogóle na dół i tam też jest bardzo dużo śniegu. Później jest taki przedwierzchołek - Pik Duszanbe. Myślałem, że już na niego nie wyjdę, bo było grząsko i często nie za bardzo mogłem kontynuować wejście założoną wcześniej linią podejścia i musiałem cały czas coś kombinować, ale udało się. Szczyt jest dosyć fajny. Grań jest bardzo stroma i dojazd do przełęczy był bardzo ciekawy.

Zdobyłeś trzy szczyty w 17 dni. To czas podobny do tego, który planowałeś, czy opóźnienia w transporcie z Kirgistanu do bazy w Tadżykistanie mocno wszystko pokomplikowały?

Mamy problemy logistyczne, bo tutaj w Tadżykistanie rządzi wojsko, ciężko coś załatwić i wszystko się zmienia. Wczoraj już mieliśmy wylatywać z bazy do Kirgistanu, ale się nie udało. Ja miałem dojechać na dół i wsiąść bezpośrednio do śmigłowca, ale nic z tego nie wyszło. Do tego dochodzą tutaj też choroby, bo chyba wszyscy w zespole podczas pobytu tutaj w bazie byli chorzy, więc cieszymy się, że jest już po wszystkim i czekamy z niecierpliwością na śmigłowiec.

Czyli jeśli przyleciałby już dzisiaj, to natychmiast wylatujecie?

Tak. Może będzie dzisiaj, może będzie za 3 dni. Tutaj niestety jest jak w rosyjskiej ruletce, więc na nic się nie nastawiamy i odpoczywamy. Mamy w ogóle tutaj taką dziką saunę, więc na pewno dzisiaj ją odpalimy i czekamy, bo nie jesteśmy w stanie nic zrobić i wpłynąć na tę sytuację. Dobrze, że jest dobra pogoda, bo będzie można odpocząć.

A jaki jest dalszy plan - teraz będziesz atakować Chan Tengri, czy Pik Pobiedy?

Szczerze mówiąc, docelowy plan był taki, że to będzie Pobieda, ale zobaczymy jak to będzie wyglądało na miejscu. Jeżeli będzie troszeczkę czasu, to wydaje mi się, że Chan Tengri będziemy mogli zrobić bardzo szybko i może się okazać, że zdecyduję się na tę górę jako pierwszą. Myślę, że możemy to załatwić pewnie w jakieś 12 godzin, więc byłoby zawsze mniej i później skupimy się już zupełnie na Pobiedzie.

Postępy wyprawy Andrzeja Bargiela na bieżąco możecie śledzić w Faktach RMF FM, a także na RMF24.pl. Zakopiańczykowi towarzyszy także ekipa Canal+ Discovery. Jesienią na antenie stacji zobaczyć będzie można 8-odcinkowy film z ekspedycji.

(abs)