Mieszkańcy Katalonii głosują w przedterminowych wyborach do lokalnego parlamentu, uważanych za plebiscyt ws. niepodległości tego autonomicznego i najbogatszego regionu Hiszpanii. Przedwyborcze sondaże wskazywały jasno, że większość mogą uzyskać ugrupowania proniepodległościowe - a zwolennicy secesji zapowiedzieli już, że w ciągu półtora roku od przewidywanego zwycięstwa ogłoszona zostanie niepodległość regionu. Przed takim krokiem ostrzegają Katalończyków m.in. były sekretarz generalny NATO Javier Solana i były szef Parlamentu Europejskiego Josep Borrell. "Społeczność międzynarodowa nie uzna niepodległości zdobytej po partyzancku przez najbogatszy region Hiszpanii, który pragnie uciec, ponieważ nie chce być solidarny z resztą Hiszpanii" - przestrzegał Borrell - rodowity Katalończyk.

Czy Katalonia wybierze niepodległość? Na zdjęciu: lokal wyborczy w Barcelonie /JESUS DIGES /PAP/EPA

Dzisiejsze wybory mają wyłonić skład 135-osobowego parlamentu, którego siedziba mieści się w Barcelonie. Zwolennicy niepodległości uważają, że zdobycie 68 miejsc da im demokratyczny mandat do rozpoczęcia procesu uniezależniania się regionu od reszty Hiszpanii i ogłoszenia niepodległości.

Do głosowania uprawnionych jest ponad 5 mln z 7,5 mln mieszkańców Katalonii.

Hiszpański rząd uznał porażkę za fakt. I wytoczył ciężkie działa

Ostatnie sondaże przedwyborcze, przeprowadzane w dwa tygodnie po barwnej i żywiołowej demonstracji ponad miliona Katalończyków na rzecz niepodległości w stolicy regionu Barcelonie (policja podała liczbę 1,4 miliona ludzi), były jednoznaczne: organizatorzy manifestacji - ruch Razem na Tak - mogą zdobyć ponad 41 procent głosów, co dałoby im 66-67 mandatów. Ich lewicowy sojusznik, CUP - Kandydatura Jedności Ludowej, ma z kolei wprowadzić do lokalnego parlamentu co najmniej dziesięciu deputowanych. Jeśli te scenariusze się potwierdzą, przy podejmowaniu zasadniczej dla przyszłości Hiszpanii decyzji przeciwnicy secesji będą w mniejszości.

Rząd centroprawicowej Partii Ludowej, która w parlamencie Hiszpanii ma absolutną większość, przygotowywał się do porażki wyborczej swojej partii i jej sojuszników, jakby już przed głosowaniem uznał ją za fakt dokonany. Premier Mariano Rajoy, nie tracąc czasu, zredagował projekt ustawy radykalnie reformującej status Trybunału Konstytucyjnego. W największym skrócie ma on błyskawicznie nabrać uprawnień, jakie w ogromnej większości krajów demokratycznych na świecie ma tylko parlament: będzie mógł bez wdrażania procedury impeachmentu odwołać z urzędu, mocą własnej decyzji, prezydenta Katalonii Artura Masa. Będzie również mógł pozbawić funkcji każdego innego polityka pełniącego funkcje publiczne, jeśli uzna jego działania za sprzeczne z prawem.

Na łamach hiszpańskich mediów rozgorzała zażarta dyskusja.

Prawnicy i rzecznicy opozycji ostrzegali, że ustawa w takim kształcie może być zastosowana do wszystkich osób zajmujących stanowiska w wyniku wyborów - aż po samego premiera Mariano Rajoya.

Socjaliści postanowili nie wnosić w parlamencie poprawek do projektu ustawy, ponieważ odrzucają go w całości. Chcecie wyposażyć Trybunał Konstytucyjny w autentyczną władzę, dając mu uprawnienia do zawieszania prezydenta (regionu) bez procedury impeachmentu i bez wotum nieufności ze strony Kortezów (parlamentu)... To próba obalenia hiszpańskiego systemu konstytucyjnego - protestował rzecznik socjalistów (PSOE) w Kongresie.

W środę minął termin wnoszenia poprawek do rządowego projektu, procedowanego - jak pisał opozycyjny dziennik "El Pais" - "w trybie maksymalnie przyspieszonym". Nie było np. czasu na omawianie projektu w komisjach parlamentarnych.

Javier Solana ostrzega: Niepodległa Katalonia poza UE i NATO

Przed ryzykiem ogłaszania jednostronnej deklaracji niepodległości ostrzegał Katalończyków cieszący się w Hiszpanii dużym prestiżem były minister z ramienia PSOE i były sekretarz generalny NATO Javier Solana. Przekonywał, że jeśli Katalonia zdecyduje się na taki krok, "w żaden sposób nie będzie mogła pozostać członkiem Unii Europejskiej". Aby Katalonia mogła pozostać członkiem UE, musiałaby być państwem uznanym przez wspólnotę międzynarodową - podkreślał, dodając, że "to samo odnosi się do NATO, ale negatywny efekt w tym przypadku należy pomnożyć przez dziesięć".

Również były przewodniczący Parlamentu Europejskiego (2004-2007), socjalista Josep Borrell jest zdania, że Katalonia - deklarując się jednostronnie jako niepodległe państwo - nie uzyska uznania tego aktu ze strony wspólnoty międzynarodowej. Społeczność międzynarodowa nie uzna niepodległości zdobytej po partyzancku przez najbogatszy region Hiszpanii, który pragnie uciec, ponieważ nie chce być solidarny z resztą Hiszpanii - podkreślał Borrell, który jest zresztą rodowitym Katalończykiem.

Kilka dni temu eurodeputowany z ramienia rządzącej hiszpańskiej PP Santiago Fisas skierował do Komisji Europejskiej pytanie o konsekwencje ewentualnej jednostronnej deklaracji niepodległości ze strony Katalonii dla jej przynależności do Unii. Ostatecznie KE odpowiedziała po angielsku na swej stronie internetowej, że "nie należy do Komisji Europejskiej wyrażanie stanowiska odnośnie kwestii związanej z wewnętrznymi regulacjami instytucjonalnymi państwa członkowskiego". Nieco wcześniej jednak na tej samej stronie pojawiła się odpowiedź KE w języku hiszpańskim, która brzmiała zupełnie inaczej: Jednostronna deklaracja niepodległości nie miałaby następstw i tego rodzaju decyzja gwałciłaby konstytucję państwa członkowskiego, którego kompetencje pozostałe kraje zobowiązały się respektować.

Rzeczniczka KE Natasha Bertaud, zapytana przez przedstawicieli europejskiej Partii Ludowej, skąd taka różnica w obu wersjach odpowiedzi, wyjaśniła to jako kwestię tłumaczenia i dodała, że wersja angielska jest tą, "z którą zgadza się przewodniczący Jean-Claude Juncker".

Po kilku godzinach ze strony KE zniknęły natomiast teksty obu odpowiedzi i pozostało samo pytanie hiszpańskiego eurodeputowanego.

(edbie)