Maciej Berek jest kandydatem Koalicji Obywatelskiej na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Wcześniej był ministrem ds. nadzoru do wdrażania polityki rządu, a jego obowiązki przejmuje Joanna Knapińska, szefowa Rządowego Centrum Legislacji. Formalne odwołanie Berka ma otworzyć mu drogę do ubiegania się o miejsce w TK i zastąpienie sędziego Justyna Piskorskiego, któremu we wrześniu kończy się kadencja. Jak się jednak okazuje, przeszkody mogą pojawić się już na etapie zgłoszenia kandydatury.
Jednym z problemów jest kalendarz parlamentarny. Obecnie trwają wakacje parlamentarne, a do zgłoszenia kandydata na sędziego TK potrzebne jest zebranie co najmniej 50 podpisów posłów. W okresie przerwy w pracach Sejmu może być trudniejsze, choć nie jest niemożliwe.
Tomasz Trela: Mamy pewne ustalenia
Poważniejsze wątpliwości dotyczą jednak politycznego charakteru kandydatury Berka. W przeszłości ugrupowania obecnej koalicji wielokrotnie krytykowały obsadzanie Trybunału Konstytucyjnego przez czynnych polityków.
Szczególnie istotne mogą być w tym kontekście stanowiska polityków Lewicy, która deklarowała sprzeciw wobec obecności aktywnych polityków w TK.
Maciej Berek byłby świetnym kandydatem do Trybunału Konstytucyjnego, gdyby nie był ministrem konstytucyjnym, i ja nie miałbym żadnych wątpliwości, żeby go poprzeć. Ale mamy pewne ustalenia, że czynnych polityków, a tak trzeba odbierać członka rządu, do Trybunału Konstytucyjnego nie powołujemy - powiedział RMF FM Tomasz Trela.
Poseł Lewicy podkreślił, że na ten moment jest zwolennikiem utrzymania tej zasady. Jak tłumaczył, jest to zobowiązanie Lewicy wobec wyborców, szczególnie tych, którzy protestowali przed sądami i sprzeciwiali się upolitycznieniu Trybunału Konstytucyjnego.
Sama rezygnacja Berka z funkcji w rządzie nie kończy sporu o jego kandydaturę. Kluczowe będzie to, czy koalicja rządząca zdecyduje się poprzeć jego zgłoszenie i czy uda się zebrać wymagane podpisy.