Niecodzienny widok w Nidderau w Niemczech – pociągi sunące przez zalane łęgi, podczas gdy drogi i pola toną pod wodą. Jak to możliwe? Linia kolejowa, zbudowana już w XIX wieku, okazuje się odporniejsza na kaprysy natury niż wiele współczesnych dróg.
Od kilku dni w Nidderau w niemieckiej Hesji trwa odwilż, która zamieniła łęgi nad rzeką Nidder w rozległe jezioro. Pola i drogi znalazły się pod wodą - krajobraz przypomina raczej mazurskie rozlewiska niż środkowe Niemcy. Mieszkańcy nie mogą korzystać z wielu dróg, ale pociągi suną po torach, jak gdyby nic się nie stało.
Obraz czerwonych wagonów przecinających taflę wody podbił internet. Zdjęcia robią wrażenie, ale - jak się okazuje - stoją za nimi lata inżynierskiej przezorności i znajomość sił natury.
To nie przypadek, że tory w Nidderau są dziś ponad wodą. Już w 1880 roku, gdy projektowano linię kolejową, wzięto pod uwagę specyfikę rzeki Nidder.
Łęgi to obszary zalewowe, które powstały w wyniku dynamiki rzeki Nidder po epoce lodowcowej - tłumaczy w rozmowie z gazetą "Bild" radny Rainer Vogel. Z tego powodu torowisko poprowadzono nasypem, wyżej niż otaczający teren.
Dzięki temu, nawet gdy poziom wody gwałtownie rośnie - a to dzieje się regularnie, szczególnie podczas wiosennych roztopów - pociągi mogą jeździć bez przeszkód.
Chociaż obecna powódź to efekt klasycznego topnienia śniegu, coraz częściej podobne sytuacje mają miejsce latem. Letnie powodzie spowodowane gwałtownymi opadami deszczu zdarzają się regularnie - zauważa radny. Powód? Coraz więcej zabudowy i "uszczelniania" powierzchni przez infrastrukturę. Skutkuje to szybszym spływem wody do rzek, a więc i gwałtowniejszym wzrostem poziomów.
Wbrew pozorom, coroczne zalania łęgów nie są dla miasta kłopotem, a wręcz przeciwnie - pełnią ważną funkcję ochronną. W naturalny i całkowicie bezpieczny sposób zapobiegają powodziom na terenach miejskich - wyjaśnia burmistrz Nidderau, Alexander Bär.


