"Jeżeli chodzi o samą wypowiedź prezesa Glapińskiego, że oto obydwiema rękami podpisałby się pod ustawą (ujawniającą zarobki pracowników NBP - przyp. red.), byleby ona była - to to jest bardzo obłudne. Dlatego, że mniej więcej 1,5 roku temu był projekt ustawy opracowany przez pana Mariusza Kamińskiego z CBA. Przypomnę, to była ustawa o jawności życia publicznego i tam między innymi była kwestia ujawniania zarobków w różnych instytucjach, między innymi w NBP. Do tej ustawy Narodowy Bank Polski dał opinię podpisaną przez prezesa Glapińskiego, gdzie na 11 stronach wyjaśnia, że NBP nie powinien podlegać tej ustawie” - mówi w Popołudniowej rozmowie w RMF FM senator Marek Borowski.

Gdyby ugrupowania lewicowe, progresywne, Zieloni itd. utworzyli rzeczywiście jeden blok, to byłby to sukces - mówił gość Marcina Zaborskiego. Skomentował też opinie, że SLD jest jak "zdechłe ryby".  Ja uważam, że nie należy używać tego rodzaju sformułowań, nie należy palić mostów w sytuacji, kiedy porozumienie ciągle jest jeszcze możliwe. Najważniejsze jest porozumienie w wyborach do polskiego parlamentu  - uważa gość Marcina Zaborskiego.

Borowski: Zapowiedź pięknej katastrofy? Mamy ją teraz. Jeżeli PiS utrzyma władzę

W internetowej części Popołudniowej rozmowy w RMF FM Marek Borowski był pytany o stawkę zbliżających się wyborów europejskich i parlamentarnych. "Kluczową sprawą jest to, czy Polska będzie w Unii Europejskiej, czy w Polsce będą obowiązywały praworządne zasady, czy Sąd Najwyższy będzie Sądem Najwyższym, czy Trybunał Konstytucyjny będzie Trybunałem Konstytucyjnym, czy media publiczne będą obiektywnymi mediami publicznymi, czy służba cywilna, która ma zapewnić dostęp do instytucji publicznych dla młodych, wykształconych ludzi będzie uczciwa i obiektywna" - wymieniał senator niezależny. "Te sprawy są najistotniejsze. Jeśli tych spraw nie zrealizujemy w Polsce, to wszystkie te pomysły dotyczące tego, czy jeszcze ktoś dostanie 300 złotych wyprawki czy nie, za chwilę skończą się dramatem i tragedią" - dodał. Przyznał, że po wyborach do możliwy jest konflikt wśród partii w opozycji. Przestrzegał jednak, że "teraz mamy zapowiedź pięknej katastrofy, jeżeli PiS utrzyma władzę". 

Gość: Marek Borowski

Marcin Zaborski, RMF FM: Najpierw wieszczył pan, że Beata Szydło będzie premierem. Choć niewielu wierzyło, ale się sprawdziło. Potem mówił pan, że Mateusz Morawiecki zastąpi Beatę Szydło - znowu się sprawdziło. A dzisiaj co pan powie o przyszłości Adama Glapińskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Doczeka końca kadencji w tym fotelu?

Marek Borowski, senator: Myślę, że doczeka, chociaż nie powinien.

No ale ma kadencję zagwarantowaną w Konstytucji.

Ma zagwarantowaną. Mówię nie powinien, no po prostu powinien się podać do dymisji, bo tylko taką formułę tutaj można przyjąć. Jak znam życie, a także na ile znam - w cudzysłowie - Adama Glapińskiego, to raczej się nie poda do dymisji i dotrwa do końca kadencji.

Narodowy Bank Polski wciąż zmaga się z pytaniami o to, jak to jest z zarobkami dwóch pań dyrektor z banku centralnego, którymi zainteresowały się media. Słyszymy, że te zarobki to nie jest 65 tysięcy złotych, jak napisała "Gazeta Wyborcza", ale konkretnej kwoty nie znamy, bo Adam Glapiński przekonuje, że nie może ujawnić takich informacji, nie pozwala mu na to dzisiaj prawo. Mamy prawo oczekiwać tych informacji na gruncie obowiązującego dzisiaj w Polsce prawa?

Na gruncie obowiązującego prawa powiem szczerze - nie umiem powiedzieć. Dobrze byłoby, gdyby się w tej sprawie wypowiedział nasz główny spec od ochrony danych osobowych. Natomiast jeżeli chodzi o samą wypowiedź prezesa Glapińskiego, że oto obydwiema rękami by się podpisał pod ustawą, byleby ona była, to to jest bardzo obłudne, dlatego że mniej więcej rok temu, półtora roku temu był taki projekt ustawy opracowany przez pana Mariusza Kamińskiego z CBA. Przypomnę, to była taka ustawa o jawności życia publicznego, tak ona się nazywała. I tam między innymi była kwestia ujawniania zarobków w różnych instytucjach, m.in. w NBP. O tej ustawy NBP dał opinię podpisaną przez prezesa, pana Adama Glapińskiego, gdzie na 11 stronach wyjaśnia, że absolutnie NBP nie powinien podlegać tej ustawie.

Ale wcześniej była chociażby próba koalicji PO-PSL, jeśli chodzi o rozszerzanie katalogu osób, które powinny ujawnić swoje majątki, to był projekt z 2014 roku. Po krytyce z różnych stron tamta koalicja wycofała się z takich przepisów. Być może to wcale nie jest takie proste, żeby te przepisy wprowadzić w życie.

Nie trzeba się było wycofywać. Dzisiaj mamy znowu projekt, nie wiem, czy już złożony...

Jest w Sejmie zawieszony.

Jest złożony przez PO, żeby właśnie te zarobki ujawnić.

I Adam Glapiński mówi, że oczywiście on się podpisze pod tym i wykona, ale...

To niech się podpisze.

...to, jak mówi dalej, utrudni prace NBP i nabór osób do pracy. Nie wylejemy dziecka z kąpielą przy okazji tego konkretnego przypadku?

Ja myślę, żeby zachować w tym jakąś zdrową równowagę. Nie o to chodzi, moim zdaniem, żeby ujawniać zarobki dyrektorów biur, w takim sensie publicznym, to znaczy, żeby była jakaś sprawozdawczość w tym względzie, ile kto zarabia i tak dalej. Chodzi przede wszystkim o prezesa, o członków zarządu.

Ale tu mamy przypadek dyrektorów departamentów.

To jeśli chodzi o dyrektorów departamentów, to wydaje mi się, że najsensowniejsza jest kontrola NIK-u. I tak na marginesie, to całe moralne wzmożenie, które ostatnio nastąpiło w Prawie i Sprawiedliwości, że i senator Jackowski zgłosił zapytanie, i wicepremier Gowin się wypowiedział krytycznie i jeszcze inni w ten sam sposób, to moim zdaniem zostało to spowodowane zapowiedzią pana Kwiatkowskiego, szefa NIK-u, że w ramach kontroli budżetu, a to on robi co roku, że szczególnie zainteresuje się wynagrodzeniami, ponieważ takie są sygnały publiczne. Po takiej zapowiedzi PiS uznał, że lepiej się pospieszyć i lepiej coś zrobić samemu, niż dopuścić do tego, żeby NIK się wypowiedział. Wracam do początku pańskiego pytania. Uważam, że jeżeli chodzi o wynagrodzenia urzędników, czy nie ma tam jakiejś dysproporcji, to Najwyższa Izba Kontroli jest do tego najlepsza.

To o dużo większych pieniądzach przez chwilę porozmawiajmy. Minister finansów chwali się, że za nami rekordowy rok, zakończony deficytem budżetu państwa zdecydowanie poniżej 15 miliardów złotych. Pytanie, czy włoży pan dziś włosiennicę i przyzna się do błędu w swoich gospodarczych prognozach dotyczących polityki PiS?

A nie pamiętam takich gospodarczych prognoz.

Chętnie przypomnę, jeszcze przed wyborami przestrzegał pan, że PiS obiecuje i nie przejmuje się skutkami tych obietnic. To są obietnice na kilkadziesiąt miliardów złotych. Mówił pan, że pomysły PiS-u - cytuję - to jest wielki ubytek budżetowy i że to po prostu niepoważne traktowanie wyborców i dążność do zdobycia władzy za wszelką cenę, a potem to się już zobaczy...

I podtrzymuję to całkowicie. 

I co, mamy dziś katastrofę budżetową w Polsce?

Nie, tylko ja chcę przypomnieć, że mówiłem o wszystkich obietnicach. Ja mówiłem zarówno o 500 plus...

I to PiS realizuje.

Jak i o podwyższeniu kwoty wolnej dla wszystkich obywateli... 

Tu mamy realizację niepełną. 

Niepełną to mało powiedziane. Szczątkową. Ona miała kosztować dodatkowo jeszcze dwadzieścia kilka miliardów złotych, gdyby została wprowadzona...

To to nas uchroniło przed tą katastrofą gospodarczą? 


To jeszcze nie koniec. Następnie załatwienie sprawy frankowiczów, poprzez przewalutowanie według kursu z dnia wzięcia kredytu. Wreszcie bezpłatne leki dla wszystkich powyżej 75. roku życia i wszystkich leków - nieprawda. Jeszcze tam była chyba jedna czy dwie tego typu obietnice finansowe, o których potem zapomniano. Więc jak się to wszystko podsumowało i wychodził z tego rezultat koło 60, 70 miliardów złotych, to to było absolutnie nierealne. I o tym mówiłem. PiS potem się ograniczył... A, przepraszam bardzo, oczywiście 500 plus dla wszystkich dzieci. Potem okazało się, że dla pierwszego dziecka nie. Więc ponieważ PiS zredukował te swoje zamierzenia i to tak mniej więcej do z grubsza jednej trzeciej, a jednocześnie miał duże szczęście, wszyscy mieliśmy szczęście, żeby sprawa była jasna, bo to z tego się można tylko cieszyć, że koniunktura wróciła, była bardzo dobra...

Pan wtedy mówił, że będzie dobrze, mówił pan, że prognozy wzrostu gospodarczego na najbliższe lata napawają optymizmem i że maleje bezrobocie i rośnie eksport. To wszystko już w 2015 roku przewidywał i podkreślał.

I to oczywiście napędziło wzrost, napędziło również wzrost dochodów budżetowych. Żeby być obiektywnym i uczciwym, to chcę powiedzieć, że w tym wszystkim PiS ma swój udział w granicach gdzieś 10 miliardów złotych. To jest kwestia uszczelniania VAT-u. Podkreślam - dziesięciu, nie czterdziestu i nie pięćdziesięciu, jak tam opowiadają propagandyści PiS. Ale jakiś udział jest.

Wierzy pan dzisiaj w pospolite ruszenie opozycji przeciwko PiS?

"Wierzę" to jest złe słowo, ale uważam to za konieczne i wiem, że jeżeli chodzi o te główne partie opozycyjne, to one też to wiedzą.

No tak, na razie słyszymy, że te mniejsze partie rozmawiają we własnym gronie - obok PO.

Mówimy o Parlamencie Europejskim w tej chwili, o wyborach do PE. Tam rzeczywiście Nowoczesna, SLD, PSL rozmawiają ze sobą. Ale nie ukrywają tego, że chcą się najpierw dogadać między sobą, a następnie podjąć rozmowy z PO. Także to nie wyklucza jeszcze szerokiej koalicji. Z tym że chcę powiedzieć, że jeśli chodzi o PE, to chodzi tylko o to, żeby żadna z partii, które oponują, są w opozycji wobec PiS, nie poszła samodzielnie i nie spadła poniżej 5 proc. Natomiast jeżeli to będą dwa bloki, z których każdy przekroczy 5 proc, to z punktu widzenia mandatów opozycyjnych nie ma znaczenia, ponieważ ordynacja do PE jest ściśle proporcjonalna.

Trzy lata temu mówił pan tak: "Mamy dwie zjednoczone lewice i to brzmi jak ponury żart". Mijają trzy lata i w zasadzie zanosi się na to, że znowu będą dwie zjednoczone lewice.

Gdyby ugrupowania lewicowe, ugrupowania - jak to teraz modne jest mówić - progresywne, Zieloni itd. utworzyli rzeczywiście jeden blok, to byłby to sukces.

Tak, ale oni mówią, że SLD jest jak zdechłe ryby - płynie z prądem i targuje się na miejsca wyborcze ze Schetyną. Uroczo?

Ja uważam, że nie należy używać tego rodzaju sformułowań, palić mostów w sytuacji, kiedy porozumienie ciągle jest jeszcze możliwe. Ale na koniec chcę powiedzieć, że najważniejsze jest porozumienie do parlamentu polskiego.