Głoszący separatystyczne hasła flamandzcy nacjonaliści z partii N-VA odnieśli historyczny sukces w niedzielnych wyborach parlamentarnych w Belgii. Osiągnęli 29 proc. poparcia we Flandrii - wynika ze wstępnych rezultatów. Grozi to pogłębieniem kryzysu politycznego w kraju.

Według wyników z części komisji wyborczych, nacjonaliści wyprzedzili rządzącą dotychczas pierwszą flamandzką siłę polityczną, chadecką CD&V, która zdobyła ok. 17,5 proc. Lider N-VA Bart De Wever jest najpopularniejszym politykiem we Flandrii. To jednak nie on ma największe szanse zostać nowym szefem rządu, ale broniący jedności państwa przywódca francuskojęzycznych socjalistów, Elio Di Rupo.

Z podanych rezultatów wynika, że N-VA może liczyć na 30 miejsc w 150-osobowej Izbie Deputowanych, a więc stałaby się największą siłą polityczną w kraju. Jej sukces to konsekwencja porażki dotychczasowego chadeckiego premiera Yvesa Leterme'a, który wbrew obietnicom wyborczym sprzed trzech lat nie potrafił doprowadzić do porozumienia z frankofońską mniejszością w Belgii ws. dalszego wzmocnienia regionów kosztem państwa federalnego.

Na skutek fiaska negocjacji pięciopartyjny rząd Leterme'a podał się do dymisji 22 kwietnia, co pociągnęło za sobą przedterminowe wybory. Ironią losu jest, że do poprzednich wyborów w 2007 r. N-VA szło w sojuszu z flamandzkimi chadekami CD&V Leterme'a.

39-letni, bardzo medialny De Wever nie zawahał się zbić na porażce dawnego sojusznika kapitału politycznego i nadał ton kampanii wyborczej, nawołując do przekształcenia Belgii w konfederację oraz przekazania Flandrii i Walonii wszystkich uprawnień poza polityką zagraniczną i obrony. W dalszej perspektywie - uważa De Wever - istnienie Belgii będzie niepotrzebne i kraj "wyparuje", jak sam powiedział ten przeciwnik belgijskiej monarchii. Na tym ma zyskać jego rodzima, zamożniejsza Flandria, niechętna transferom finansowym na frankofońskie południe kraju.

De Wever wprost zapowiedział, że nie chce zostać premierem, wiedząc, że ma małe szanse - z braku politycznego partnera wśród partii francuskojęzycznych po drugiej stronie granicy językowej. W podzielonej na regiony Belgii nie ma partii ogólnokrajowych, ale tradycja belgijskiego kompromisu wymaga, by szefem rządu został przedstawiciel największej "rodziny politycznej", na którą składają się bliskie ideowo partie francusko- i niderlandzkojęzyczne.

A największą rodziną polityczną kraju są po wyborach socjaliści. To oznacza, że szanse na urząd premiera ma 58-letni, doświadczony Elio Di Rupo, otwarcie przyznający się do swojego homoseksualizmu, a także deklarujący gotowość do kompromisu z Flamandami. Belgia nie miała francuskojęzycznego premiera od 1974 r., więc frankofoni wiążą z jego osobą wielkie nadzieje.

Według sondaży exit polls, Partia Socjalistyczna w Walonii i Brukseli zdobyła w sumie 36 proc., za nią są liberałowie (24 proc.), centrowi chadecy CDH (16 proc.) i Zieloni (14 proc.). Przy czym w samej Brukseli prowadzenie utrzymali liberałowie pod wodzą Didera Reyndersa.

W podzielonej na regiony i wspólnoty językowe Belgii Walonowie i Flamandowie głosują tylko na "swoje" partie. Skomplikowana federalna struktura i proporcjonalna ordynacja wymagają tworzenia szerokich koalicji i oznaczają w praktyce, że wybory odbywają się w dwóch turach - najpierw wyborcy oddają głosy, a potem partie w długotrwałych negocjacjach między sobą ustalają, kto tak naprawdę będzie rządził w koalicji rządowej. W 2007 r. sformowanie pierwszego rządu zajęło Leterme'owi ponad pół roku.