Świetna gra Mai Chwalińskiej we French Open spowodowała, że otrzymała od organizatorów Wimbledonu tzw. dziką kartę - co zaskoczyło wielu ekspertów tenisowych. Zawodniczka w Bielska-Białej została rozstawiona z numerem 20.
Przed turniejem w Paryżu Polka nigdy nie była notowana w najlepszej setce rankingu. W pierwszej rundzie w Londynie musiała poradzić sobie z rolą faworytki. Naprzeciw niej stanęła bowiem Mananchaya Sawangkaew, 23-letnia zawodniczka z Tajlandii, 164. na liście WTA. Tajka, by zagrać w turnieju głównym w Londynie, musiała przebijać się przez kwalifikacje. Do głównej drabinki Wielkiego Szlema dostała się po raz drugi. W styczniu przegrała pierwsze spotkanie w Australian Open.
Pierwsze gemy zapowiadały łatwy pojedynek dla Chwalińskiej. Polka przełamywała zawodniczkę z Tajlandii i w pewnym momencie objęła prowadzenie 5:0. Wówczas jednak Sawangkaew postawiła trudniejsze warunki - wygrała dwa gemy. Polka nie wypuściła jednak wygranej w I secie z rąk. Pierwsza partia zakończyła się wynikiem 6:2 dla Chwalińskiej.
Pech Chwalińskiej przy piłce meczowej
Drugi set miał dramatyczny przebieg. Chwalińska prowadziła już 5:2 i 40-30, co oznaczało piłkę meczową przy serwisie rywalki. W trakcie wymiany Polka biegła w swoją lewą stronę i poślizgnęła się.
Szybko poderwała się na nogi, ale gema ostatecznie przegrała i poprosiła o przerwę medyczną. Fizjoterapeutka zajmowała się prawą stopą Chwalińskiej.
Dwa kolejne gemy były bardzo zacięte i oba wygrała Sawangkaew, doprowadzając do remisu 5:5. Widoczne stały się problemy Polki z poruszaniem. Tenisistka z Tajlandii górą była także w dwóch następnych gemach, co pozwoliło jej wyrównać stan meczu.
O zwycięstwie w meczu decydował III set.
Chwalińska nie chciała skreczować
Przed trzecim setem Chwalińska udała się na przerwę toaletową. Początkowo można było mieć nadzieję, że rozstrzygnie spotkanie na swoją korzyść. Objęła prowadzenie 2:0, ale był to efekt przede wszystkim serii błędów Sawangkaew.
Polka cały czas zmagała się z bólem, na krecz jednak się nie zdecydowała. Nie wygrała już żadnego gema i po dwóch godzinach oraz 40 minutach opuściła kort pokonana. Na trybunach było sporo polskich kibiców, którzy żegnali ją okrzykiem „Dziękujemy, dziękujemy”.
„Popłaczę sobie i działamy dalej”
Jak się okazuje, znacznie poważniejsze od urazu stawu skokowego okazały się skurcze, które dokuczały Chwalińskiej z wyjątkową siłą.
Już pod koniec drugiego seta zaczęły łapać mnie skurcze w całym ciele. Myślę, że ich źródło nie było czysto fizyczne. Na pewno miał też udział stres, intensywny czas przed Wimbledonem, bo nie miałam perfekcyjnych przygotowań. To był jeden z najcięższych meczów w mojej karierze. Popłaczę sobie chwilę i działamy dalej - powiedziała Chwalińska na konferencji prasowej po meczu.
Chwalińska jest też głoszona do gry podwójnej. Jej partnerką jest Austriaczka Sinja Kraus. Udział w deblu Polki uzależniony jest od stanu stawu skokowego. Na razie polska tenisistka nie podjęła decyzji, czy wystąpi w nadchodzącym meczu.
Wynik meczu 1. rundy: Mananchaya Sawangkaew (Tajlandia) - Maja Chwalińska (Polska, 20) 2:6, 7:5, 6:2.