Pożar w zakładzie karnym w hrabstwie Sussex w na południowym wschodzie Anglii. Po północy ogień wzniecili w kilku miejscach budynku buntujący się więźniowie. Podpalili kilka budynków, niszczyli meble i wybijali okna. Sytuację udało się opanować dopiero w sobotę przed południem.

Na pomoc dwóm funkcjonariuszom policji i ich czterem pomocnikom, pilnującym więźniów, ściągnięto siły szturmowe służby więziennej i jednostki straży pożarnej - w sumie ok. 140 osób. W nocy z piątku na sobotę więźniowie podpalili pięć budynków, a w sobotę - kolejne trzy. Teren wokół więzienia patrolują funkcjonariusze służby więziennej z psami. Ośrodkiem buntu było jedno z dwóch skrzydeł więzienia.

Zniszczono m.in. budynki, w którym mieściły się poczta, sala gimnastyczna, pomieszczenie do gier stołowych wraz z dziesięcioma nowo zainstalowanymi stołami do bilardu. Wskutek wysokiej temperatury odkształciły się dachy dwóch budynków. Strat materialnych jeszcze nie oszacowano.

Związek funkcjonariuszy służby więziennej twierdzi, że bunt wybuchł, gdy niektórzy więźniowie odmówili poddania się testowi na obecność alkoholu w krwi. W więzieniu wykryto dużą ilość alkoholu - powiedział dziennikarzom Mark Freeman ze związku. Wcześniejsza inspekcja skrytykowała władze zakładu karnego w Ford za to, że "tonie on w alkoholu" - wyjaśnił.

Inspekcja skrytykowała też brak troski władz więziennych o bezpieczeństwo, czego przejawem miały być m.in. niesprawne kamery monitoringu, a także włamania i kradzieże oraz wnoszenie na teren zakładu karnego telefonów komórkowych, alkoholu i narkotyków.

W otwartym więzieniu w Ford przebywają więźniowie uznani za nieskłonnych do przemocy, którym do końca kary pozostało mniej niż dwa lata.