W trakcie sprawy rozwodowej powoływani byli specjaliści, którzy nie stwierdzili, by Tomasz M. stanowił zagrożenie dla dzieci. Matka nie wnosiła o zakaz kontaktu - twierdzą pracownicy wrocławskiego sądu, którzy zajmowali się sprawą. W ostatnią niedzielę 35-letni mężczyzna prawdopodobnie otruł siebie i swojego 4,5-letniego syna. Miał to zrobić w toalecie przy sali zabaw na warszawskim Bemowie. Spotkanie z dzieckiem odbywało się w obecności kuratora.

Rodzina pochodziła z okolic Wrocławia, dlatego też ich sprawą zajmował się Sąd Okręgowy we Wrocławiu. Przed tamtejszym sądem toczyła się rozprawa rozwodowa, rozstrzygany był m.in. wątek opieki nad dziećmi. To wrocławski sąd postanowił, że Tomasz M. ma widywać się ze swoimi dziećmi przy udziale kuratora. Jak twierdzi rzecznik sądu Sylwia Jastrzemska, sprawa rozwodowa małżeństwa M. zakończyła się nieprawomocnym wyrokiem 8 października tego roku. Reprezentująca Tomasza M. mecenas złożyła wniosek o pisemne uzasadnienie wyroku, które otrzymała 21 listopada. Od tego dnia przysługiwało 14 dni na wniesienie apelacji, która do dziś nie wpłynęła. Sąd okręgowy we Wrocławiu przyznał opiekę nad dziećmi byłej żonie Tomasza M.

W toku postępowania rozwodowego sąd nie ogranicza się tylko do wydania wyroku. W toku tego postępowania sąd wielokrotnie wydawał postanowienia zabezpieczające dobro tych dzieci
- powiedziała sędzia Jastrzemska i dodała, że kluczowym jest postanowienie z 13 czerwca tego roku, "na mocy którego sąd ustalił, że kontakty z dziećmi poza miejscem zamieszkania będą odbywały się w każdą nieparzystą sobotę oraz niedzielę, w godzinach 10-18, w obecności kuratora sądowego".

Sędzia Sylwia Jastrzemska zaznaczyła, że takie postanowienie nie jest ostateczne i sąd opiekuńczy ma obowiązek zmieniać je za każdym razem, gdy zmieni się sytuacja. Tutaj były wielokrotnie składane przez ojca wnioski o zmianę. Ojciec chciał, żeby sąd jemu powierzył opiekę nad dziećmi, chciał je wychowywać - tłumaczy rzeczniczka sądu. Sąd oddalał te wnioski.


Sąd wydaje zgodę na wakacje z dziećmi

Jednak gdy latem Tomasz M. złożył wniosek o możliwość zabrania dzieci na wakacje, sąd 1 sierpnia wydał zgodę. Mężczyzna wyjechał z synem i córką na dwa tygodnie, od 4 do 18 sierpnia. Dzieci były na tych wakacjach, wróciły zadowolone. Żadna ze stron nie odwołała się od tego postanowienia dotyczącego wakacji, mama wydała ojcu dzieci - opowiada wrocławska sędzia.

Spokojny przebieg letniego wyjazdu zaprocentował dla mężczyzny kolejną decyzją sądu, który pozwolił mu zabrać dzieci na jeden z weekendów, od 22 do 23 września. Sędzia Jastrzemska podała, że matka dzieci nie złożyła zażalenia na decyzję. Kolejne wnioski - na weekendy od 28 do 30 września i od 26 do 28 października - zostały już przez sąd oddalane.

Dokumenty o "niewłaściwym zachowaniu ojca jej dzieci"

Tragedia w sali zabaw. Matka wielokrotnie ostrzegała, że ojciec 4-latka może być niebezpieczny

Jest śledztwo po tragedii na warszawskim Bemowie. W niedzielę na sali zabaw przebywał 35-letni mężczyzna z dwójką małych dzieci. Ich spotkanie nadzorował kurator. Ojca i 4,5-letniego syna znaleziono nieprzytomnych w toalecie, obaj zmarli w szpitalu. Jako pierwsze informację o śmierci dziecka... czytaj więcej

17 października sąd we Wrocławiu uregulował kontakty Tomasza M. z dziećmi. Ojciec mógł je widywać w soboty od godz. 10.00 do niedzieli do godz. 18.00, bez udziału kuratora. Ale żona Tomasza M. złożyła zażalenie, domagając się obecności kuratora. Przedstawiła też dokumenty, które miały świadczyć o niewłaściwym zachowaniu ojca jej dzieci. Nie wnosiła jednak o zakaz kontaktu.

Nieprawidłowości, które podnosiła mama, dotyczyły dwóch sytuacji, które miały miejsce jednego dnia. Ojciec dzieci miał wyjść na dach z synem, a następnie spożywać alkohol w samochodzie. Sąd nie może opierać się na relacji jednej strony, jeżeli strony są w konflikcie. Obowiązkiem sądu jest w sposób obiektywny dokonać kontroli podnoszonych zarzutów. I sąd został poinformowany przez policje, że policja zatrzymała pana na stacji benzynowej, że spożywał alkohol w stojącym samochodzie. Mężczyzna został przewieziony do szpitala psychiatrycznego, ale lekarz stwierdził brak podstaw, żeby go w tym szpitalu zostawić - twierdzi sędzia Jastrzemska.

Sąd 15 listopada ponownie zastrzegł, że kontakty Tomasza M. z dziećmi: Arturem i Kornelią mają się odbywać w obecności kuratora. Opiekuna przyznał jeden z warszawskich sądów rejonowych, bo matka przeprowadziła się z dziećmi do Warszawy.

Sędzia podała także, że w toku postępowania rozwodowego małżeństwa M. kilkakrotnie sporządzał opinie zespół sądowych specjalistów. Z żadnej z nich nie wynikało, że ojciec stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla dzieci. (...) Jesteśmy tą tragedią głęboko poruszeni - powiedziała sędzia Jastrzemska.

Nie było zagrożenia ze strony ojca

Informacje o braku zagrożenia ze strony Tomasza M. potwierdziła też rzecznik Sądu Okręgowego w Warszawie sędzia Dorota Trautman.

Na naszym terenie te kontakty trwały stosunkowo niedługo, bo mama z dzieckiem przenieśli się do Warszawy niedawno. To było kilka kontaktów, nie posiadamy żadnych podstaw do twierdzeń, że było jakiekolwiek zagrożenie - powiedziała sędzia i jak dodała: kontakt kuratora nie jest uregulowany w przepisach. Przepisy sprowadzają się do jednego zdania, że kurator ma pilnować, żeby kontakt nie trwał dłużej niż postanowił sąd - tłumaczyła.

Sąd Okręgowy w Warszawie, jak podała sędzia Trautman, wszczął działania wyjaśniające. Analizowany jest przebieg wszystkich spotkań kuratora z rodziną M., "a w szczególności ten ostatni".

Wnikliwie analizujemy akta, notatki, które kurator sporządzał po każdym spotkaniu. Czynności są w toku, nie jesteśmy dziś w stanie podać wyników, jest na to za wcześnie - podkreśliła sędzia Dorota Trautman.

Tragedia na warszawskim Bemowie

Do tragedii doszło w ostatnią niedzielę po południu. Za sali zabaw przy ulicy Konarskiego na warszawskim Bemowie przebywał 35-letni Tomasz M. z 4,5-letnim synem Arturem i 6-letnią córką Kornelią. Spotkanie nadzorował kurator społeczny, który jest jednocześnie funkcjonariuszem policji. Około godziny 17.00 mężczyzna miał poprosić kuratora o możliwość udania się z chłopcem do toalety.

Kurator poszedł tam po około dwóch minutach. Znalazł nieprzytomne dziecko na podłodze, a po wyważeniu drzwi do kabiny - odnalazł również nieprzytomnego ojca. Funkcjonariusz udzielił im pomocy i wezwał pogotowie.

Ojciec zmarł w niedzielę, a syn w poniedziałek w szpitalu. Był to skutek wydarzenia, które miało miejsce podczas widzenia odbywającego się pod nadzorem kuratora społecznego - powiedziała zastępca rzecznika Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Mirosława Chyr.

Przeprowadzono oględziny miejsca zdarzenia, zabezpieczono monitoring, przesłuchano też pierwszych świadków - w tym kuratora.

Prokuratura Rejonowa Warszawa-Wola wszczęła już w tej sprawie śledztwo. Zostało też wydane postanowienie o przeprowadzeniu sekcji zwłok mężczyzny i chłopca. Jej termin nie został jeszcze ustalony. Prokuratura zleci też badania toksykologiczne.

Trzy wątki sprawy

Śledczy zbadają trzy wątki. Pierwszy to zabójstwo 4,5-letniego chłopca, czyli art. 148 p. 1 kodeksu karnego. Drugi to art. 151 kodeksu karnego, czyli "kto namową lub przez udzielenie pomocy doprowadza człowieka do targnięcia się na własne życie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5". Trzeci to przestępstwo z artykułu 231 p. 1 kodeksu karnego, czyli niedopełnienia obowiązków przez kuratora.

W tym przypadku, z uwagi na fakt, że kuratorem był policjant, trwają czynności wyjaśniające. Wstępne ustalenia wskazują na bardzo szybką i zdecydowaną reakcję funkcjonariusza w sytuacji, która niestety zakończyła się tragicznie - powiedział Sylwester Marczak z Komendy Stołecznej Policji.

(ug)