Funkcjonariusz policji sierż. Przemysław Borowicki jako jeden z pierwszych dotarł do obozu harcerskiego w Suszku. W nocy z piątku 11 sierpnia na sobotę 12 sierpnia - w wyniku gwałtownych burz i wiatrów, które przeszły nad Pomorzem - obóz został zniszczony i odcięty od świata przez tarasujące drogi drzewa. W wyniku nawałnicy zginęły dwie harcerki w wieku 13 i 14 lat. 38 innych uczestników obozu trafiło do szpitali z różnymi obrażeniami. Dziś sierż. Borowicki wspomina, że dotarcie do dzieci trwało kilka godzin. Z pomocą ruszyli mieszkańcy okolicznych wsi, strażacy i policjanci. „Wiedzieliśmy jedynie, że wśród nich są osoby ranne i zabite” – relacjonuje.

Sierż. Borowicki wspomina, że feralnego wieczora tuż przed godziną 23:00 usłyszał przez radiostację, że powalone drzewa uniemożliwiają wysłanemu patrolowi dotarcie na miejsce tragedii.  

Skontaktowałem się z policjantami z tego patrolu i zaproponowałem, że znam te tereny i mogę się udać na miejsce od strony Silna. Zdawałem sobie sprawę, że przedarcie się przez gęsty las od drogi k-22 będzie znacznie dłużej trwało niż dotarcie do obozowiska w pobliżu Suszka od strony Silna, gdzie jest zdecydowanie mniej terenów leśnych - relacjonuje Borowski.

Jadąc w stronę obozu harcerskiego sierż. Borowiecki wraz z kolegą sierż. sztab. Krzysztofem Olczak usuwali tarasujące drogę gałęzie, fragmenty zwalonych dachów.

Jak mówi, w tym czasie we wsi zaczęli się już gromadzić mieszkańcy z piłami motorowymi, którzy chcieli pomóc w ewakuacji dzieci z obozu.

Zorganizowałem tę grupę i wspólnie z mieszkańcami Lotynia i Nowej Cerkwii ruszyliśmy kierunku obozu harcerskiego w Suszku. Miało tam przebywać około 150 harcerzy w wieku szkolnym. Wiedzieliśmy jedynie, że są pośród nich osoby ranne i zabite - opowiada. I dodaje: Nie mieliśmy z nimi żadnego kontaktu, łączność była w tym czasie całkowicie zerwana.

Ludzie ruszyli na pomoc. Jednocześnie w stronę obozu od strony "berlinki" wyjechali strażacy.

Po pokonaniu kilku kilometrów dotarliśmy do niemal całkowicie powalonego lasu. Wtedy pracę rozpoczęli pilarze z okolicznych wsi, za nimi fadroma spychała największe kłody, a my z kolegą z patrolu na zmianę odrzucaliśmy drobniejsze kłody i gałęzie, aby udrożnić przejazd dla samochodów ratunkowych - wspomina. Praca w torowaniu drogi trwała kilka godzin. Jedyne co nam dodawało sił, to była myśl o rannych i przerażonych dzieciach uwięzionych w środku lasu, którym trzeba jak najszybciej pomóc - opowiada dziś Przemysław Borowicki.

W końcu, już pieszo, niosący pomoc ruszyli w stronę obozu. Krajobraz, jaki zobaczyli, był przerażający.

Zauważyliśmy namioty przygniecione drzewami, a dookoła nich nie było nikogo. Zacząłem nawoływać "harcerze!!", jednak co najbardziej zapamiętałem, to głucha cisza. Nikt się nie odzywał - mówił policjant.

Harcerze, jak się okazało, byli w pobliżu. Zgrupowali się w odległości kilkudziesięciu metrów od obozu w "młodniku". Prawdopodobnie byli w szoku i dlatego się nie odzywali.

Dzieci były bardzo wystraszone, zziębnięte i przemoczone. Większość z nich była w samej bieliźnie, część z nich nie miała butów ani skarpet - opisuje swoje pierwsze wrażenie. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to zdjęcie kurtki i owinięcie nią przemoczonej 13-letniej dziewczynki o imieniu Gabrysia. Dodawaliśmy dzieciom otuchy i uspokajaliśmy je.

(j.)