"Osoba z otoczenia premiera Tuska proponowała mi stanowisko prezesa urzędu centralnego. Próbowano mnie przekupić, przyciągnąć marchewką" - mówi w Kontrwywiadzie RMF FM Krzysztof Rybiński. "Kiedy nie udało się mnie przekonać, zastraszano moją żonę. Demokracja w Polsce jest chora"- dodaje.

Posłuchaj Kontrywywiadu RMF FM:

Konrad Piasecki: Szwajcarzy wygrają tę wojnę o taniego franka?

Krzysztof Rybiński: Wojna walutowa, to jest bardzo ciężka wojna.

A długo można ją prowadzić z zasobami szwajcarskimi?

W nieskończoność. Szwajcarzy nie sprzedają walut zagranicznych broniąc franka, żeby się dalej nie osłabiał, wręcz przeciwnie - oni boją się, że on się zbyt umocni. W związku w tym skupują waluty i drukują franka. Można powiedzieć, że w takiej sytuacji amunicji nigdy nie zabraknie, bo możemy zakupić dowolną ilość waluty, a franka to my drukujemy, więc maszyny mogą pracować, chyba że to się skończy silnym wzrostem inflacji. A tego Bank Centralny Szwajcarii na pewno by nie chciał.

Ale rozumiem, że póki co jest tak, że jak powiedzieli 1,20 za euro, to tak właśnie będzie?

Wojny walutowe są bardzo trudne i były banki centralne, które wygrały te wojnę z rynkami, były też banki centralne, który poniosły sromotną porażkę. W 1998 roku, jak był atak na złotego w tą samą stronę, czyli rynki umacniały złotego, a Rada Polityki Pieniężnej nie pozwalała, to po jakimś czasie Narodowy Bank Polski przegrał tą walkę i odpuścił. Zobaczymy, jak będzie w przypadku franka. Za kredytobiorców trzeba dalej trzymać kciuki, żeby Szwajcarom się udało, ale pamiętajmy, że rynki są bardzo brutalnym przeciwnikiem.

A nie jest tak, że kursy i wszystko inne w gospodarce, posypią się jak domek kart wraz z bankructwem Włoch?

Jeżeli Włosi będą mieli takie problemy jak dzisiaj Grecy, a to jest dużo większa gospodarka, dużo większy rynek długu, to wówczas będą straty w bankach w strefie euro i będzie poważny kryzys finansowy.

Z tym, że Grecja zbankrutuje, to właściwie już wszyscy się pogodzili. Pojawia się pytanie, jak zbankrutuje? Bankructwo Włoch to byłoby coś, przynajmniej dla tego naszego europejskiego świata finansów, coś dzisiaj niewyobrażalnego. Czy to byłby taki krach i taki kryzys, jak w latach trzydziestych?

Tego dzisiaj nikt nie wie. Jedno jest pewne - ponad 20 lat żyliśmy na kredyt. Rządy, które pozaciągały mnóstwo długów - 120 procent PKB w przypadku Włoch, 150 procent w przypadku Grecji - to są potężne długi.

Ale też 200 procent w przypadku Japonii, która jakoś sobie radzi

Radzi sobie tak, że od dwóch dekad jest w stagnacji albo recesji. Kraj się już dalej mocno nie rozwija. Także ten scenariusz "japonizacji" świata nam niestety grozi i trzeba temu przeciwdziałać.

A uważa pan, że jest jeszcze taka ścieżka, którą dałoby się iść nad tą przepaścią i uratować przed katastrofą?

Tak, uważam, że jest to możliwe. To jednak wymaga dwóch rzeczy - bardzo trudnych. Po pierwsze - porozumienia politycznego w Europie, w szczególności w strefie euro. Czyli liderzy się dogadają, usiądą i przestaną myśleć, co ja mam zrobić, żeby dobrze wypaść o oczach mojego elektoratu w moim kraju, tylko, co zrobić, żeby naprawdę ratować Europę. A jak już się dogadają, a porozumienie zawsze pociąga za sobą głębokie reformy, to muszą przekonać społeczeństwo w swoich krajach, że trzeba ponosić poważne koszty głębokich reform, co oznacza: podwyżki podatków dla bogatych, cięcia wydatków, redukcję zatrudnienia itp. Jedno jest bardzo trudne - porozumienie polityczne - oni nie potrafią tego zrobić. Drugie jest jeszcze trudniejsze. Dlatego ta ścieżka istnieje, ale jest bardzo kręta, stromo w górach i wymaga sprawności rasowego alpinisty.

Obywatele do Senatu, tych obywateli mniej, Król nie zebrał podpisów, comeback Kalaty tez się nie powiódł - mówiąc językiem Radka Sikorskiego "organizacyjnie dwója, lufa, zero"...

Ja bym tak nie powiedział. Uzyskałem poparcie 4800 przy dwóch tysiącach bariery.

Ale jak się to dzieje, że prężna inicjatywa społeczna nie jest w stanie zgromadzić dwóch tysięcy podpisów dla swoich kandydatów?

No, ja zebrałem prawie pięć tysięcy.

Pan tak, ale oni - nie.

Jeszcze parę dni temu to tak różowo nie wyglądało, ale ponieważ wysłałem apel na swoim blogu nagle pojawiło się wsparcie. Samo się zorganizowało w różnych miejscach i udało się tych podpisów sporo zebrać. Tak że są przykłady bardzo dobrych wyników. Ja akurat na Pradze, gdzie się urodziłem i skąd pochodzę zyskałem bardzo silne poparcie i myślę, że ono się utrzyma.

A porażka Kalaty pana załamała? Bo to pan ją bardzo promował.

Annę Kalatę znam od kilku lat, kiedy zasiadaliśmy razem w Komisji Nadzoru Finansowego. Zapewniam Państwa, że to jest przemiana zdumiewająca. Nie tylko zewnętrzna, ale i wewnętrzna. My współpracujemy dzisiaj budując relacje Polska - Indie. Moja uczelnia przyciąga studentów z Indii, wspólnie robimy wspólne projekty. Tak że to na prawdę byłby dobry kandydat, mimo że różnie się brzydko plotuje na Plotkach i podobnych serwisach.

To teraz mały powrót do przeszłości - wrzesień 2010, siedzimy w tym studiu i pytam pana tak: "szykuje się pan do wejścia w politykę?"

Nie. Mnie w tej rzeczywistości jest niedobrze, ale w polityce nie jestem, nie byłem i nigdy nie będę. Ja nie umiem się zajmować polityką.

No, mocne słowa jak na kogoś, kto w rok później do polityki wskakuje.

Taki znany ekonomista John Maynard Keynes na pytanie, że jeszcze trzy miesiące temu mówił co innego, odpowiedział swojemu adwersarzowi: "drogi panie, jak warunki się zmieniają, to ja zmieniam swoje opinie, a pan nie, proszę pana". I to jest dokładnie tak samo. jakiś czas temu miałem nadzieję, że obecnie rządzący i opozycja są w stanie w sytuacji na prawdę poważnych turbulencji dogadać się i parę spraw dla Polski uzgodnić. Tak się nie dzieje.

A od którego momentu jest tak, czy było tak, że pan już wiedział, że ta pańska krucjata ekonomiczna - bo pan taka krucjatę prowadził - zamieni się w skok do polityki?

Tego momentu dokładnie nie pamiętam, ale to było trzy, cztery tygodnie temu.

Tak? Krótko umierał ekonomista i rodził się polityk Rybiński...

To znaczy, decyzja zapadła, natomiast to nie jest prosta decyzja.

A jak się nie uda, to koniec z polityką w pańskim przypadku?

To jest trudno powiedzieć, czy koniec z polityką. Moje życie było zawsze pełne niespodzianek. W Japonii pracowałem, dlatego że trochę przypadkowo tę pracę dostałem. Nie szukałem pracy wiceprezesa NBP, a zaoferowano mi tę pracę. Nie wiem, co będzie za dwa, trzy lata.

A czy docelowym punktem Ruchu Obywateli do Senatu jest doprowadzenie Rafała Dutkiewicza do prezydentury Polski?

Nie ma takiej dyskusji dzisiaj.

A widziałby go pan w tej roli?

To jest moje osobiste zdanie i z nikim o tym nie rozmawiałem. Rafał Dutkiewicz jest świetnym prezydentem Wrocławia. Kiedyś Donald Tusk powiedział, że przecież cała Polska może być jak Wrocław, doceniając, co się stało w tym mieście. Uważam, że Dutkiewicz ma wielki talent do mobilizowania pozytywnej energii u ludzi, którzy z nim pracują i byłby świetnym prezydentem Polski. Natomiast celem Ruchu Obywateli do Senatu nie jest Rafał Dutkiewicz na prezydenta Polski, ale wprowadzenie do izby wyższej parlamentu grupy mądrych ludzi, którzy będą tworzyli naprawdę dobre i mądre prawo.

Rozumiem, leczyli polską demokrację, bo na razie pan uważa, że ona jest chora

Tak, jest chora. To jest demokracja słupkowo-medialna, gdzie partie podejmują decyzje nie w interesie kraju, ale w interesie popularności swoich partii.

Objawem tej choroby ma być straszenie pańskiej żony, że jeśli nie przestanie pan krytykować rządu, ona straci pracę. Kto ją straszył?

Ja nie powiem kto.

Polityk, urzędnik?

Takich rzeczy się nie mówi.

Ale jak się mówi "A", to się też mówi "B", tzn. jak się mówi, że demokracja jest chora i moją żonę straszono, no to nie można nie zapytać i nie można nie odpowiedzieć na pytanie, kto ją straszył?

Powiem panu, jak to działa. Osobiście wobec mnie formowano wielokrotnie oskarżenia. Próbowano mnie przekupić ze strony bardzo wysoko postawionej osoby bardzo blisko Donalda Tuska. Otrzymałem ofertę zostania prezesem urzędu centralnego, odmówiłem.

Którego urzędu centralnego?

Wiem, że pana obowiązkiem jest drążyć, ale ja tego nie powiem.

A jak wysoko postawiona była ta osoba blisko Tuska, która zaproponowała panu objęcie fotela prezesa urzędu?

Bardzo wysoko.

Minister rządu?

To mi się zdarzało wcześniej. Wiele partii politycznych przychodziło do mnie z różnymi ofertami próbując przyciągnąć tzw. marchewką. Jak to mnie dotyczy, to jest w porządku, ja się tym nie martwię. Ale jeżeli ktoś tyka moją rodzinę w kraju, o którym mówi się, że jest demokratyczny, to jest to po prostu nie w porządku. Uważam, że za daleko poszliśmy i trzeba temu powiedzieć "Nie". Mówię temu bardzo głośno "Nie" i nie wyrażam na to zgody.