Niestety, zmienia się niekorzystnie dla nas. Pokazuje to dobrze rozwój sytuacji na Ukrainie. Putin nie odpuszcza i ma sporo atutów. Ma poparcie u siebie w kraju - poparcie zarówno elit jak i ogromnej większości "zwykłych" obywateli. Z kolei Ukraińcy ani nie mają ochoty ostro się postawić, ani nie dysponują wystarczającym potencjałem. Zachód nie chce zastosować ostrych środków. To po części kwestia interesów (choćby obawa, by Rosja nie wsparła różnych grup terrorystycznych), a po części sentymentów. To dlatego Europa (ale pewnie i Stany Zjednoczone) de facto nie jest zdolna do zajęcia jednolitego i twardego stanowiska. Węgry, Czechy, Słowacja, Austria niechętnie patrzą na sankcje, choć przecież drastyczne nie są. Ale też pozostała część Europy (pewnie z wyjątkiem W. Brytanii i krajów nadbałtyckich) lawiruje.
Co my możemy zrobić? Chyba nie za wiele. Już zostaliśmy usunięci (z pewnością za zgoda Ukrainy) z europejskiej "ekipy" mediatorów. Nasza oferta pomocy (kredyt 100 mln na 10 lat) nijak ma się do ukraińskich potrzeb (pięciokrotnie mniejsza Grecja w ciągu ostatnich 5 lat otrzymała kilka tysięcy razy więcej). Opozycja twardo krytykuje rząd. Nie jestem fanem rządu, ale ta krytyka nie podoba mi się, bo jest werbalna. Nie bardzo widzę co moglibyśmy zrobić. Materialne możliwości mamy bardzo ograniczone i nie ma co się nadymać, bo przecież Rosja to wie. Rząd może głośno domagać się radykalnych kroków ze strony Europy, ale przecież widać, że jedynym efektem będzie izolacja.
Musimy przyjąć do wiadomości, że niewiele możemy. Niewiele nie znaczy jednak nic. Na pewno nie należy się przyłączać do europejskich aliantów Rosji. Na pewno należy się przygotować na ewentualność zaostrzenia konfliktu i ewentualność udzielenia pomocy humanitarnej. Tylko tyle i aż tyle.