Polska nadal popiera członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej, jednak przestaje być krajem najmocniej naciskającym na szybkie tempo negocjacji akcesyjnych.
A obecny impas jest dla Warszawy politycznie wygodny.
Węgierska blokada to dopiero początek
23 czerwca Węgry zablokowały wysłanie do Kijowa formalnych listów rozpoczynających procedurę otwarcia pięciu kolejnych działów negocjacyjnych. Jak jednak nieoficjalnie dowiedziała się dziennikarka RMF FM od polskiego dyplomaty, scenariusz otwarcia wszystkich klastrów już w lipcu „od początku był mało realistyczny”. Budapeszt bierze na siebie odpowiedzialność za blokowanie decyzji, a Polska nie musi otwarcie sprzeciwiać się przyspieszeniu procesu rozszerzenia. Stanowisko Warszawy staje się coraz bardziej zachowawcze. Polska nie chce jednoczesnego otwarcia wszystkich pięciu działów, uznając, że oznaczałoby to zbyt szybkie tempo akcesji.
W obecnej sytuacji politycznej trudno sobie wyobrazić szybkie otwarcie działu negocjacyjnego dotyczącego rolnictwa. Po protestach rolników, sporach o napływ ukraińskich produktów i napięciach wokół wspólnego rynku byłaby to decyzja niezwykle trudna do zaakceptowania przez Polskę.
Znacznie większe szanse miałby klaster dotyczący polityki zagranicznej, choć nawet w jego przypadku nie ma pewności, że uda się go otworzyć w najbliższych tygodniach.
W Warszawie słychać sceptycyzm
Zainteresowanie rozszerzeniem jest mocno przereklamowane. Wiele krajów wcale nie chce kolejnego rozszerzenia i będzie starało się przeciągać ten proces – mówi rozmówca RMF FM w Warszawie.
Jego zdaniem, wojna w Ukrainie nie powinna być argumentem za przyspieszaniem akcesji. Z rozmów RMF FM wynika, że nawet argument wojny przestaje odgrywać tak dużą rolę jak wcześniej.
Komisja Europejska oraz Niemcy nadal zastanawiają się, jak jeszcze bardziej zbliżyć Ukrainę do Unii przed pełnym członkostwem. Chodzi o przekonanie, że kraj walczący z rosyjską agresją powinien otrzymywać kolejne korzyści z integracji europejskiej, nawet jeśli sama droga do członkostwa będzie jeszcze długa.
Nie chcę zabrzmieć niewrażliwie czy cynicznie, ale rozszerzenie nie na tym polega. Ukraina otrzymała już ogromne wsparcie finansowe, bezprecedensowy dostęp do unijnego rynku i wiele innych form pomocy. Sam proces akcesyjny jest zbyt poważny, by prowadzić go na zasadzie wdzięczności – ocenia rozmówca RMF FM.
Jak dodaje, zakończenie wojny również nie musi oznaczać szybkiego wejścia Ukrainy do Unii.
Nie widzę związku: kończy się wojna, więc rozszerzamy Unię. Moim zdaniem może być dokładnie odwrotnie. Gdy wojna się skończy, na pierwszy plan wyjdzie wiele problemów, które dziś schodzą na dalszy plan i właśnie one mogą jeszcze bardziej spowolnić negocjacje – mówi.
Według niego Ukraina nadal będzie mogła liczyć na wsparcie finansowe, środki na odbudowę czy szeroki dostęp do wspólnego rynku, jednak nie będzie to oznaczało automatycznie szybkiego członkostwa.
Wołyń coraz mocniej wiąże się z negocjacjami akcesyjnymi
Ostrożniejsze podejście Warszawy do rozszerzenia UE o Ukrainę dodatkowo wzmocnił spór o pamięć rzezi wołyńskiej. Jeszcze do niedawna Bruksela traktowała tę kwestię przede wszystkim jako problem w relacjach dwustronnych między Polską i Ukrainą. Teraz pojawia się ona również w kontekście procesu akcesyjnego.
Potwierdza to zgłoszona w środę poprawka do raportu Parlamentu Europejskiego o postępach Ukrainy na drodze do członkostwa, przygotowana przez Europejską Partię Ludową, do której należy KO i PSL.
Jak mówił w rozmowie z dziennikarką RMF FM eurodeputowany KO Andrzej Halicki, poprawka ma zostać wpisana do paragrafu dotyczącego procesu akcesyjnego Ukrainy. Europoseł podkreślał, że chodzi o to, że kwestia Wołynia zostałaby wyraźnie powiązana z oceną postępów Ukrainy na drodze do członkostwa w Unii Europejskiej. Jeżeli poprawka przejdzie to takie połączenie tych kwestii będzie precedensem.
Warszawa przypomina o swoim wpływie
Zmianę tonu widać również w wypowiedziach przedstawicieli polskiego rządu. Warszawa coraz częściej podkreśla, że otwieranie kolejnych rozdziałów negocjacyjnych wymaga jednomyślnej zgody wszystkich państw członkowskich. Daje tym samym do zrozumienia, że będzie współdecydować o tempie negocjacji i może wykorzystywać ten proces do rozwiązywania nierozstrzygniętych problemów w relacjach z Ukrainą.
Zmiana tonu także w Kijowie
W ostatnich dniach zmianę tonu widać również po stronie Kijowa. Jeszcze kilka dni temu, po kontrowersjach wokół nadania jednej z ukraińskich brygad imienia „Bohaterów UPA”, prezydent Wołodymyr Zełenski przekonywał, że nikt nie będzie Ukrainie mówił, kogo ma uznawać za swoich bohaterów.
Podczas wizyty w Dublinie mówił już znacznie bardziej pojednawczo. Zapytany, czy spór z Polską może zagrozić europejskim aspiracjom Ukrainy, podkreślił, że oba kraje łączy trudna historia, ale dziś najważniejsze jest wspólne bezpieczeństwo wobec rosyjskiej agresji. Dodał też, że jeśli po stronie Polski pojawiają się pytania, „znajdą się na nie odpowiedzi”.
To sygnał, że Kijów zaczyna rozumieć, gdzie zapadają decyzje o rozszerzeniu Unii. Nie wystarczy już silne poparcie Komisji Europejskiej ani osobiste zaangażowanie jej przewodniczącej Ursuli von der Leyen, na które Wołodymyr Zełenski zawsze mógł liczyć. Ostateczne decyzje należą do państw członkowskich, a każdy kolejny etap negocjacji wymaga jednomyślnej zgody wszystkich stolic.
Problem polega jednak na tym, że w ostatnich tygodniach stanowisko Polski wyraźnie się zmieniło. Warszawa nie jest już bezwarunkowym orędownikiem szybkiego członkostwa Ukrainy w UE. Nawet bardziej pojednawczy ton Wołodymyra Zełenskiego może więc nie wystarczyć do szybkiego odwrócenia politycznych nastrojów.