Wasil Hrodnikau pracował dla nękanej przez reżim Łukaszenki gazety "Narodna Wola"; pisał na tematy społeczne i polityczne. Okoliczności jego śmierci są bardzo zagadkowe. Został znaleziony martwy, z raną głowy, w swym mieszkaniu w miasteczku Zasławl, około 20 km od Mińska. Brat dziennikarza, Mikoła, powiedział, że w mieszkaniu zobaczył krew na ścianach i podłodze. Rzeczy były porozrzucane, ale pieniądze i kosztowności nie zginęły.
Białoruscy dziennikarze, z którymi rozmawialiśmy, mówią o dziwnym zbiegu okoliczności. Dokładnie rok temu w taki sam sposób, także w swoim domu, zginęła Weronika Czerkasowa, opozycyjna dziennikarka śledcza. Wtedy milicja wykluczyła motyw rabunkowy. Gienadij Kiejsner z Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy nie ma wątpliwości, że zabójstwo Hrodnikaua było kolejnym znakiem dla niepokornych wobec władzy.
Trwa atak przeciwko ludziom opozycji drugiego szeregu. Chodzi o to, byśmy zrozumieli, że o nas pamiętają, że nas widzą, śledzą i mogą także zabić. Na Białorusi króluje strach. To działanie na podświadomość i to jest przerażające. Nikt z kolegów redakcyjnych nie chciał z nami rozmawiać. Tłumaczyli, że czekają na oficjalny komunikat milicji w sprawie przyczyn śmierci dziennikarza.