Wladimir Władimirowicz jest potworem innego gatunku. Brakuje mu finezji Ławrowa. Nie leżą na nim żadne garnitury, nawet te najtańsze. Przyzwyczajony jest bardziej do munduru niż do marynarki i krawata. Źle się czuje w cywilnych ubraniach. Znacznie lepiej w klinikach chirurgii plastycznej. Wychowany na heroicznych opowieściach o wielkiej wojnie ojczyźnianej, Putin przeżył dramat, gdy Związek Radziecki na jego oczach się rozpadł. Ale robił swoje. Schował marzenia o Wielikajej Rosiji głęboko w rękawie, ale gdy przyszło właściwe rozdanie, na stół rzucił znaczone karty. Putin to megaloman i zbrodniarz wojenny. Niestety dla wielu Rosjan jest panem Bogiem. Rozgrzeszają go z największych potworności bez żadnej pokuty. Namaszczają sakramentem niezwyciężonego wodza.
Nie bez powodu biorę na celownik tych dżentelmenów. Są jak Flip i Flap - jeśli jeszcze ktoś pamięta tamte czarno białe filmy. Tym razem nie potrafimy się śmiać nawet przez łzy. Zniszczone ukraińskie miasta i sznur uciekinierów są puentą ich czarnego poczucia humoru. Putin i Ławrow - koszmarny duet europejskiego koszmaru. Wychowani na tolerancyjnym cycku Zachodu. Ugłaskani na światowych salonach, noszeni na rękach przez finansjerę. Tak utuczeni, w końcu zdjęli maski. Odrywają swoje role wprost do obiektywu i nie drgnie im nawet powieka. Ławrow zapytany niedawno, czy inne państwa powinny się obawiać Rosji, odparł - "nie napadliśmy na Ukrainę, nie zaatakujemy więc innych". Potem opowiadał coś o tragedii szpitala w Mariupolu, jak tendencyjnie była zmontowana.
Jeszcze miesiąc temu, nie pozwoliłbym sobie szkicować sylwetek polityków w ten sposób. Ale po trzech tygodniach oddychania wojną, porzucam dziennikarską neutralność. Część mnie każe mi pisać o prezydencie i szefie dyplomacji Rosji, ale potężniejszy głos nakazuje opisywać potworów - żarłocznych i bezwzględnych. Nienasyconych i spragnionych. Jednym z największych błędów Zachodu było przekonanie, że pod moskiewską szerokością geograficzną świat postrzegany jest tak, jak w pozostałej części Europy. Nic bardziej mylącego. Wystarczy spojrzeć na fotografie rosyjskich jeńców wojennych. Często, porzuceni na linii frontu, skazani są na łaskę wroga. Sami o tym mówią. W zepsutych czołgach trzęsą się z zimna i ze strachu. Potem z niewoli dzwonią do matek i płaczą.
Nikt nie zabiera poległych rosyjskich żołnierzy z ukraińskich pól. Gniją zdradzeni przez dowódców i polityków. Wdeptani w ziemię, rozdziobani przez wrony, nie staną się nigdy statystyką. Bo wojny oficjalnie nie ma. Nie widać jej w rosyjskiej telewizji ani w Internecie. Heroiczne protesty i słowa o agresji na Ukrainę nalezą do rzadkości. Naród niedoinformowany nie podniesie się z kolan. Gotów jest w takiej pozycji umrzeć. Będzie święcie wierzył, że jego synowie walczą w imieniu ludzkości, że w Kijowie rządzą faszyści w brunatnych koszulach. Kto pamięta, że mają za prezydenta Żyda? Gotowość Rosji do wyrzeczeń pokazuje historia. Szli po trupach do Berlina i zjadali się nawzajem w oblężonym Leningradzie, bo mieli jasno określonego wroga. Putin i Ławrow stworzyli im nowego - Ukrainę!
Zbrodniarze wojenni trafiają przed trybunał w Hadze. Tak było w przypadku wojny na Bałkanach i ludobójstwa w Rwandzie. Ale szczerze mówiąc, mam duże wątpliwości, czy bohaterowie tego eseju kiedykolwiek pociągnięci zostaną do odpowiedzialności w majestacie prawa. Nie wiem, jak sejsmiczna zmiana musiałby nastąpić w Rosji, jakie obudzić musiałoby Rosjan trzęsienie ziemi, żeby tak się stało. Ten kraj nie godzi się na ekstradycję swoich obywateli - ma to zapisane w konstytucji. Po otruciu w Londynie Litwinienki i zaatakowaniu bronią chemiczną Skripala w Salisbury, były obciążające dowody. Wysunięto oskarżenia. Ale Rosja śmieje się z takich prób w żywe oczy. Jeden z zamachowców, który poczęstował polonem Litwinienkę, dziś jest deputowanym w rosyjskiej Dumie.
Pytam więc retorycznie: co musiałoby się stać, żeby Rosja wydała Hadze Putina i Ławrowa? To czysta fantastyka! Prędzej świat zacznie się obracać szybciej wokół własnej osi, a ciężar ich grzechów oderwie Rosję od Ziemi i wystrzeli w kosmos, niż sprawiedliwości stanie się zadość. Bardzo chciałbym się mylić. Bardzo chciałbym wierzyć, że kuluarach rosyjskiego koryta władzy są ludzie gotowi wprowadzić śmiałe zmiany. Wymagałyby one dużej odwagi, graniczącej z poświeceniem rebeliantów z "Gwiezdnych wojen". Problem w tym, że film jaki rozgrywa się w Moskwie i ten za naszą wschodnią granicą, nie jest science ani nie jest fiction. To materiał dokumentalny dla przyszłych pokoleń. Lekcja tego, jak złudne jest obłaskawianie potwora i jaką płaci się cenę za udawanie, że jest człowiekiem.