Większość paryżan jest wściekła. Zwykła aspiryna stała się towarem na wagę złota. Żeby znaleźć nieliczne dyżurne apteki, którym rząd rozkazał przerwanie strajku ze względu na bezpieczeństwo osób ciężko chorych - trzeba przejechać pół miasta i czekać w tasiemcowych kolejkach.
To skrajnie nieodpowiedzialne. Muszę kupić leki dla mojego dziecka i dla mnie - i nie ma nawet żadnych informacji, gdzie jest najbliższa otwarta apteka - tłumaczy korespondentowi RMF FM Markowi Gładyszowi oburzona paryżanka przed zamkniętą na cztery spusty apteką.
Muszę brać codziennie leki na nadciśnienie. Czekam już kilkadziesiąt minut z receptą w ręku. Dyżurna apteka miała być otwarta, ale ciągle nikogo w środku nie ma - skarży się emeryt.
Aptekarze protestują forsowanym przez prezydenta Hollande’a kryzysowym cięciom w służbie zdrowia, a przede wszystkim przeciwko zmniejszającej się liczbie leków refundowanych. Większość paryżan się z tymi powodami protestu zgadza, ale nie z jego formą - masowe zamykanie aptek jest według nich niedopuszczalne.
Tym bardziej że francuscy aptekarze bronią dodatkowo swego monopolu - sprzeciwiają się jednocześnie projektowi wydania przez rząd pozwolenia na sprzedaż w supermarketach popularnych leków, których nie muszą przepisywać lekarze i które mają być tam tańsze.
(acz)