Złożonym przez PO w listopadzie wnioskiem Sejm ma się zająć w czwartek rano. Posłowie PiS nie mogą go poprzeć, będą więc musieli bronić pani premier. Nie da się bowiem bronić rządu bez obrony jego szefa, podobnie jak dymisja premiera automatycznie oznacza rezygnację całego gabinetu. Broniąc jednak Beaty Szydło utrudnią sobie niewiele późniejszą wymianę premiera. Trudno będzie uzasadniać odwołanie kogoś, kogo się chwilę wcześniej przed odwołaniem broniło.
Żeby wybrnąć z kłopotu Prawo i Sprawiedliwość mogłoby złożyć w Sejmie własny wniosek o wymianę premiera, nie na Grzegorza Schetynę, ale na Mateusza Morawieckiego. To jednak formalnie wciąż byłby to wniosek o wotum NIEUFNOŚCI dla Beaty Szydło. Tego przecież partia zrobić jej nie może, bo Beata Szydło jest według PiS bardzo dobrym premierem.
Zwlekając z rekonstrukcją (dziś mija dokładnie 6 tygodni od jej zapowiedzi) PiS samo oddało pole opozycji i teraz ma problem z premierem, którego musi obronić po to, żeby go wymienić.
Nie spodziewałbym się gwałtownego rozwoju wydarzeń dziś. Po południu zbiera się Zgromadzenie Narodowe, które wysłucha orędzia Prezydenta Dudy, otwierającego w 150. rocznicę urodzin Józefa Piłsudskiego rok obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości. Podniosły charakter tego wydarzenia nie sprzyja wymianom premierów i ministrów.
Za to czy wymiana ta nie nastąpi jutro jednak nie ręczę. Spiętrzenie wydarzeń w Sejmie (drugie czytanie projektów ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym) stanowiłyby doskonałe tło dla zmian w rządzie. Nie pierwszy raz rządzący kumulowaliby wydarzenia ważne z bardziej zwracającymi uwagę, przykrywając pierwsze drugimi.
Jeśli potwierdzą się doniesienia o zastąpieniu Beaty Szydło przez Mateusza Morawieckiego, niezależnie od tego, w jakich okolicznościach by do nich doszło, warto rozważyć, jaki los czekałby byłą premier. Jeśli miałaby kandydować na prezydenta Warszawy, to najwcześniej wystąpiłaby w tej roli za pół roku. Nie tylko bowiem nie ma wyznaczonego terminu wyborów samorządowych, ale nawet ordynacji, na podstawie której miałyby się odbyć. Co robiłaby była szefowa rządu do tego czasu?
Dla byłych premierów nie ma zbyt wielu stanowisk, które spełniałyby ich ambicje, nie mówiąc o tym, że odesłanie po prostu do poselskiej ławy kogoś, czyje zasługi sławiło się przez wiele miesięcy, ani nie wygląda elegancko, ani nie spełnia oczekiwań sławiących.
Na dodatek wystawienie Beaty Szydło jako kandydatki na prestiżowy urząd prezydenta stolicy nie daje wcale gwarancji wygranej. Być może to tłumaczy uporczywie powracające doniesienia o tym, że PiS chce w ordynacji odejść od bezpośredniego wyboru burmistrzów i prezydentów miast. W połączeniu z dość uznaniowym podziałem okręgów przez nowe organy wyborcze wybór prezydenta przez wybranych w nich nowych radnych wydaje się bardziej prawdopodobny.
Możliwe jest też skierowanie pani premier do Parlamentu Europejskiego. To jednak oznaczałoby nie rok niepewności w oczekiwaniu na objęcie stanowiska europarlamentarzysty, ale dwa lata, bo wybory do PE dopiero w 2019.
Co do tego czasu robiłaby Beata Szydło?
I czy naprawdę niespodziewany przeciek "Morawiecki premierem!" opisuje rzeczywisty zamiar szefa PiS, czy jest tylko balonem próbnym?
Odpowiedzi na te wszystkie pytania zna chyba tylko jedna osoba.
I nie jest to żadna z osób, których te rozważania dotyczą.
(mpw)