Do finałowego meczu z Naomi Osaką Serena Williams przystępowała jako faworytka. Po sensacyjnym powrocie do tenisa po urodzeniu córeczki, udziale we wcześniejszym finale Wimbledonu, to w Nowym Jorku miała postawić "kropkę nad i" zrównując się w liczbie zdobytych indywidualnie wielkoszlemowych tytułów z legendarną Margaret Court. Na widowni stadionu Artura Ashe’a zasiadło w sobotni wieczór blisko 25 tysięcy widzów, w zdecydowanej większości po to, by na własne oczy tę historyczną chwilę zobaczyć. Presja była olbrzymia. Widownia tenisowa w Nowym Jorku, jest - powiedzmy delikatnie - nieco inna, niż na pozostałych wielkoszlemowych imprezach, ludzie łażą, jedzą, piją, gadają i nie wahają się pokazywać, na kim im naprawdę zależy. W sobotni wieczór miało to istotne znaczenie.
Mecz od początku się Serenie nie układał, ale zaskakująco dla niej, nie dlatego że sama nie mogła się skoncentrować i robiła błędy, ale dlatego że Osaka grała nadzwyczaj dobrze i wszystko na korcie robiła po prostu lepiej od mistrzyni. Japonka lepiej serwowała, lepiej returnowała, lepiej atakowała i wygrała pierwszą partię 6:2. W drugiej zaczęły się prawdziwe kłopoty. W drugim gemie sędzia Carlos Ramos dał Serenie ostrzeżenie za tak zwany coaching, zauważył, że trener Patrick Mouratoglou coś jej tam pokazuje i zgodnie z przepisami, które zakazują jakichkolwiek form komunikacji, zwrócił na to uwagę. Williams nie przyjęła tego do wiadomości, zaczęła dyskusję, stwierdziła, że o żadnym coachingu nie było mowy, że ona nigdy nie oszukuje. Wydawało się jednak, że sprawa rozejdzie się po kościach. Tym bardziej, że Serenie udało się Naomi przełamać i szanse na odrobienie strat rosły. Japonka jednak wygrała gema serwisowego rywalki, ta nie wytrzymała i złamała rakietę. Potem już poszło szybko, kolejne ostrzeżenie oznaczało stratę jednego punktu, a kiedy po następnym gemie Serena zrobiła sędziemu awanturę wyzywając go od złodziei i grożąc, że do końca życia nie będzie sędziował jej meczu, straciła gema. Osaka z podziwu godną zimną krwią doprowadziła set do zwycięskiego końca 6:4, ale widać było, że najszczęśliwszy moment jej dotychczasowej kariery, wcale szczęśliwy nie jest. Stadion wył z oburzenia.
W świecie tenisowym opinie o tym, co się dokładnie stało i kto zawinił, są w miarę zgodne. Różnią się tylko tym, czy winę przypisują samej Serenie, czy uznają, że też sędzia mógł się zachować lepiej, pierwszego ostrzeżenia za coaching nie dawać, a jeśli już to próbować jakoś Serenę ze stanu wzburzenia wyprowadzić. Potem już raczej nie miał wyboru. No, ale popatrzmy na to z drugiej strony. Carlos Ramos był pod bardzo dużą presją widowni i być może uznał, że w obliczu tej presji musi zachować się uczciwie. Stąd ostrzeżenie za coaching, do którego zresztą Patrick Mouratoglou się przyznał. Być może z perspektywy czasu, wiedząc, co potem się zdarzyło, sędzia postąpiłby inaczej, ale uczciwie mówiąc, czyż nie powinien zrobić tego co zrobił? Wbrew Wielkiej Mistrzyni i całemu stadionowi. Czyż nie po to jest się sędzią? Po drugie, być może gdyby sędzią finału pań była kobieta do takiej aż awantury by nie doszło. Jednak w tym roku zaplanowano, że kobieta będzie sędziować (po raz drugi w historii) finał mężczyzn, być może więc Carlos Ramos pojawił się w sobotę przy korcie w ramach swoistego parytetu.
Sprawa skończyła się skandalem, po którym dopiero... się zaczęło. Już po chwili w USA pojawiła się seria komentarzy, że oto Serena bohatersko sprzeciwiła się seksizmowi i rasizmowi na korcie i z całej tej historii wychodzi jako moralna zwyciężczyni. Naprawdę? Serio? Można aż tak? Najwyraźniej można. Seksizm to jeszcze można od biedy "zrozumieć", bo sędzia mężczyzna i zdaniem Sereny, tenisistom nigdy by takiego ostrzeżenia nie dał, ale rasizm? W sytuacji, gdy Naomi Osaka, jako córka Japonki i Haitańczyka ma kolor skóry niemal tak ciemny jak Serena Williams? Proszę bardzo. Sporo komentarzy zebrał opublikowany na portalu "The Atlantic" tekst Gillian B. White, która doskonale sobie z tą - pozorną jak widać - sprzecznością, poradziła. Pani White stwierdziła bowiem, że "widok tego, jak te ostrzeżenia zrujnowały dwóm kolorowym kobietom u szczytu swych sportowych możliwości coś co powinno być radosnym momentem, złamał mi serce". Nie koniec na tym, okazuje się, że Serena, słysząc podczas dekoracji, jak stadion buczy na Osakę i prosząc o to, by przestał, okazała "rzadką u sportowych supergwiazd, wspaniałomyślność i klasę".
Jakie to przewidywalne. Problem w tym, że Serena okazała klasę w chwili, kiedy doskonale zdała już sobie sprawę z popełnionego błędu. Kiedy zdała sobie też sprawę, jak jej błąd nakręcił cały stadion i faktycznie zrujnował radosny moment. Tyle że to był radosny moment nie Sereny, ale Naomi Osaki, także kobiety i także kobiety o innym niż biały kolorze skóry. Po reakcji Osaki doskonale było to widać. Mimo że wychowana w USA, bardzo oszczędnie się wypowiadała, dziękując widowni za... OGLĄDANIE meczu. Po tym, jak ów mecz wyglądał można się spodziewać, że takich momentów w tenisowej karierze Naomi Osaka, a wraz z nią jej ojczysta Japonia, będzie miała więcej. Ale to co się stało już się nie odstanie i naprawdę lepiej byłoby tego poprawniackim bełkotem nie tuszować.
A co do Sereny, mam wrażenie, że najuczciwiej byłoby powiedzieć po prostu, jak było, być może nawet pogodzić się z sędzią i iść dalej. Moim zdaniem, Williams zderzyła się z zaskakująco dobrze grającą rywalką i sfrustrowana po prostu nie wytrzymała gigantycznej, nałożonej na siebie samą presji. Tenis to skrajnie trudna dyscyplina, w której jak niemal w żadnym innym sporcie zawodnicy stoją sami wobec tysięcy widzów na korcie i milionów przed telewizorami. Każdy ich gest, każda słabość, jest natychmiast zauważana i komentowana. Zwykły śmiertelnik może sobie tylko wyobrażać, co to oznacza. Nie bez przyczyny w tenisie są tak gigantyczne pieniądze, nie bez przyczyny najlepsi są znani, podziwiani, albo... krytykowani na całym świecie. Te emocje nie są dla większości z nas dostępne, ale nie są też w pełni niezrozumiałe, każdy kiedyś przy nieskończenie mniejszej widowni powiedział przecież o kilka słów za dużo, musiał się czegoś wstydzić. To wszystko są ludzkie emocje, których może nie ma potrzeby wpisywać od razu w walkę o prawa kobiet i zmagania z rasizmem. Nie twierdzę, że jedno i drugie nie jest ważne, ale tenis nie jest już polem tej walki. Owszem, pewne przepisy trzeba zmieniać, ale przecież - jak mało gdzie - kobiety w Wielkim Szlemie zarabiają tak samo jak mężczyźni, choć grają co najwyżej do trzech, a nie pięciu setów. I dobrze, że zarabiają.
Siostry Williams mają za sobą trudne dzieciństwo i niezwykłą karierę, która naprawdę obudziła wyobraźnie i ambicję milionów. Nikt nie odbierze im sportowej ani osobistej klasy, którą prawie zawsze prezentują. Serena może w sobotę przeszła drogę od bohatera do zera, ale było to mgnienie oka. Szybko wróci na swoje miejsce. Nie sądzę, by potrzebowała pomocy odwracających kota ogonem i twierdzących, że nie stało się to, co się stało, komentatorów. Kto wie, może cała historia pomoże jej zdjąć część presji, której podlega i wygrać jeszcze niejeden wielkoszlemowy tytuł. Na pewno na to zasługuje. A my zasługujemy na normalne, nie wykoślawione rozmowy na temat tego, co wszyscy możemy gołym okiem zobaczyć.