Na właściciela żółtej koszulki lidera naciskają Włoch Frabio Aru (18 sekund straty), Francuz Romain Bardet (23 sekundy) i Kolumbijczyk Rigoberto Uran (29 sekund). To oni powinni atakować na alpejskich etapach, by choć nastraszyć faworyta wyścigu. Po środowej i czwartkowej wspinaczce w Alpach w piątek na kolarzy czeka płaski etap, a w sobotę jazda indywidualna na czas. Froome w tej specjalności raczej nie da się rywalom zaskoczyć. Choć warto pamiętać, że w "czasówce" dobrze potrafi się także pokazać Uran. W niedzielę już jedynie etap przyjaźni i sprinterski finisz na Polach Elizejskich.
Jeśli zatem atakować to dziś lub jutro. A jest gdzie... Już dziś kolarze powalczą na trzech znanych przełęczach: Col De la Croix de Fer, Col du Telegraphe i Col du Galibier. Łącznie aż 60 kilometrów jazdy pod górę, a na deser ponad 20 kilometrów zjazdu. W czwartek sytuacja będzie nieco inna, bo to w końcówce etapu kolarzy czeka trudny podjazd pod Col d’Izoard a więc na wysokość ponad 2300 metrów. 14 kilometrów o średnim nachyleniu 7 procent. To kolejne fragment trasy, który może okazać się decydujący.
Froome celuje w tym roku w trzeci z rzędu triumf w Wielkiej Pętli. Włosi także nie mieli długiej przerwy w zwycięstwach w tourze, bo w 2014 roku najlepszy okazał się Vincenzo Nibali. W zupełnie innej sytuacji jest Bardet. Francuzi nie wygrali bowiem swojego wyścigu ponad 30 lat. Dokładnie od 1985 roku, kiedy wyścig wygrał Bernard Hinault. Uran będzie bronił honoru kolumbijskiego kolarstwa. W ostatnich latach na podium Tour de France stawał trzykrotnie Nairo Quintana, ale w tym roku zajmuje 10. miejsce z dużą stratą i trudno oczekiwać, by w ciągu dwóch dni był w stanie znacząco poprawić swoją sytuację.
(j.)