Pierwszy sygnał o lęku wysokości pojawił się jeszcze w dzieciństwie podczas wakacji w Polanicy-Zdroju. Weszła na drewniany domek, ale nie potrafiła z niego zeskoczyć. Strach był tak silny, że zasnęła na górze, a później szukało jej pół miejscowości.
Im więcej skoków oddawałam, tym było łatwiej. Jestem dowodem na to, że można pokonać własne bariery – podkreśla Monika Pyrek.
Jak przyznaje, to nie ona wybrała skok o tyczce. Wszystko zaczęło się od... koszykówki. Podczas ferii zimowych przypadkiem trafiła na trening lekkoatletyczny, gdzie zauważył ją trener Edward Szymczak.
Początkowo nie chciała nawet słyszeć o skoku o tyczce.
Byłam uparta. Osiągałam już sukcesy w skoku wzwyż i nie rozumiałam, dlaczego mam zmieniać konkurencję – wspomina.
Jak dziś mówi z uśmiechem, trener zastosował prosty fortel.
Do dziś mu wypominam, że mnie oszukał. Powiedział, że mogę równocześnie trenować skok wzwyż i skok o tyczce. Po latach okazało się, że to nie miało prawa się udać. Ale dzięki temu mogłam wykorzystać swój sportowy potencjał.
To właśnie Edward Szymczak dostrzegł u młodej zawodniczki wyjątkową koordynację ruchową i przekonał ją do dyscypliny, która przyniosła jej największe sukcesy.
Rywalizacja z Anną Rogowską? „Media stworzyły konflikt”
Przez lata kibice żyli pojedynkami Moniki Pyrek i Anny Rogowskiej. Obie należały do światowej czołówki, a media chętnie przedstawiały je jako rywalki, które za sobą nie przepadają.
Jak było naprawdę?
Miałyśmy ogromne szczęście, że na siebie trafiłyśmy. Jedna ciągnęła drugą do coraz lepszych wyników - mówi Pyrek.
Przyznaje, że różniły się charakterami. Ona była skupiona i zamknięta w czasie zawodów, Rogowska bardziej otwarta i żywiołowa. To wystarczyło, by wokół obu zawodniczek wyrosła historia o konflikcie.
Z tych przeciwieństw zbudowano wymyślony konflikt. Brunetka i blondynka, dwie rywalki – wszystko się zgadzało. Dopiero kiedy usiadłyśmy i porozmawiałyśmy, okazało się, że większość nieporozumień była efektem medialnych interpretacji - opowiada tyczkarka.
Perfekcjonizm odebrał radość
Jednym z najbardziej osobistych fragmentów rozmowy była szczera opowieść o cenie sportowego perfekcjonizmu.
Po latach dostrzegłam, że nadmierny perfekcjonizm mnie zgubił. Nawet rekordowe i zwycięskie skoki nie sprawiały mi już przyjemności - mówi sportsmenka.
Jak przyznaje, przez długi czas współpracowała z psychologiem sportowym, próbując odzyskać radość ze skakania.
Dziś z perspektywy czasu mówi, że gdyby mogła coś zmienić, częściej pozwalałaby sobie na uśmiech i większy luz.
Trzeba było oddawać wystarczająco dobre skoki, a nie ciągle szukać tych idealnych - mówi.
Medal olimpijski? „W sercu go brakuje”
Największym sportowym niedosytem pozostają igrzyska olimpijskie. W Atenach była czwarta, w Pekinie piąta. Medal był bardzo blisko: Oczywiście w sercu brakuje tego medalu. Wiem, że był naprawdę blisko.
Jednocześnie podkreśla, że dziś patrzy na swoją karierę przede wszystkim przez pryzmat ludzi, doświadczeń i wspomnień.
Gdybym zdobyła medal olimpijski, moje życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Ale nie wiem, czy byłabym dziś w tym miejscu - mówi.
Polityka? „To nie jest moja przestrzeń”
Przez lata otrzymywała propozycje zaangażowania się w politykę. Jak przyznaje, takich ofert było kilka, jednak nigdy nie zdecydowała się na wejście do świata partyjnego. Kilka propozycji padało, ale ja zawsze byłam daleko od polityki i staram się być w dalszym ciągu – mówi.
Dodaje jednak, że bliska jest jej polityka sportowa, rozumiana jako rozwój lekkiej atletyki i organizacja najważniejszych imprez: Pracuję w Polskim Związku Lekkiej Atletyki i angażuję się m.in. w przygotowania do organizacji mistrzostw Europy w 2028 roku. To jest przestrzeń, w której czuję, że mogę realnie coś zrobić.
Była rekordzistka Polski przyznaje również, że coraz częściej musi odmawiać kolejnych inicjatyw.
Jest mi bardzo trudno odmawiać, ale mam też dwójkę dzieci i nie chcę mieć poczucia, że robię więcej dla innych niż dla własnej rodziny. Rodzina jest najważniejsza – podkreśla.
Sport nauczył ją najwięcej
Choć od zakończenia kariery minęło już kilkanaście lat, Monika Pyrek nie ma wątpliwości, że sport ukształtował całe jej życie.
Nie tylko nauczył ją pokonywać własne ograniczenia, ale także pokazał, że największą wartością nie są medale, lecz ludzie, których spotyka się po drodze.
A historia dziewczynki, która bała się zeskoczyć z domku na drzewie, dziś pozostaje jedną z najpiękniejszych lekcji o tym, że nawet największy lęk można przekuć w największy sukces.