Posłowie nie pracują z powodu kampanii samorządowej i zgromadzenia parlamentarnego NATO.
Jak więc wyglądało to wielkie zaangażowanie sejmowe szefa rządu? Początek - z przytupem. 6 października premier rozpoczął sejmową walkę z dopalaczami. Z trybuny grzmiał, że nie będzie litości dla tych, którzy chcą rujnować zdrowie dzieci. Wyszedł dopiero późnym popołudniem.
Następnego dnia sejmowe urzędowanie uległo skróceniu. W piątek zapał osłabł jeszcze bardziej.
Później Donald Tusk miał prawie dwa tygodnie przerwy. Po nich pojawił się w Sejmie, by wypowiedzieć wojnę językowi nienawiści. Apelował i nawoływał, po czym odwiedził marszałka Schetynę, by w końcu zaszyć się w swoim gabinecie. Około 16 wyszedł.
Następnego dnia pojawił się co prawda na Wiejskiej, ale na salę plenarną nie trafił - a tematem dominującym było in vitro. O 14 podjechała po niego limuzyna. I znów klika dni wytchnienia.
Trzecie i ostatnie posiedzenie to zaledwie kilka godzin obecności, bo premier musiał polecieć do Brukseli.