Przed sądem w Łodzi ruszył proces 63-letniego Lecha G., który w grudniu ubiegłego roku oblał benzyną i podpalił dwie pracownice Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Makowie k. Skierniewic. Mężczyzna odpowiada za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i spowodowanie pożaru, który zagrażał zdrowiu i życiu wielu osób. Grozi mu dożywocie.

Oskarżony Lech G. w drodze na salę rozpraw /Agnieszka Wyderka /RMF FM

Posłuchaj, co Lech G. mówił w sądzie

Z ustaleń prokuratury wynika, że 63-latek działał z premedytacją i okrutną precyzją. Do ośrodka pomocy społecznej w Makowie przyszedł z trzema plastikowymi pojemnikami z benzyną. Oblał nią pracujące w ośrodku kobiety, a później trzymał drzwi pokoju, w którym szalał pożar, by urzędniczki nie mogły się z niego wydostać.

Jedna z kobiet zginęła na miejscu, druga zmarła w szpitalu.

Dzisiaj w Sądzie Okręgowym w Łodzi ruszył proces Lecha G. Obrońca mężczyzny starał się, by proces toczył się w obecności biegłych psychiatrów, ale sąd nie zgodził się odroczyć rozprawy. Lekarze, którzy badali Lecha G. i stwierdzili jego poczytalność, mają być przesłuchiwani na kolejnym posiedzeniu sądu.

Jak relacjonowała obecna na sali reporterka RMF FM Agnieszka Wyderka, Lech G. przez długi czas siedział zgarbiony, skulony w sobie, opierając głowę na drżącej ręce. Był roztrzęsiony, sprawiał wrażenie nieobecnego.

Gdy sąd zapytał go, czy przyznaje się do winy, 63-latek odparł, że nie. Płacząc mówił, że nie pamięta tragicznych wydarzeń, że "nie wiedział, że to tak wyjdzie". Przepraszam bardzo rodziny pokrzywdzonych i bardzo proszę o przebaczenie. Ja nie chciałem, żeby tak się stało... Bardzo przepraszam - mówił, zanosząc się płaczem.

Lech G., który przed tragedią korzystał z pomocy makowskiego GOPS-u, przekonywał również, że był zadowolony z tej pomocy i nie przypomina sobie, by miał żal do pracowników ośrodka.


Agnieszka Wyderka

(edbie)