Nastąpi zadekretowanie kryzysu. Ktoś, tym razem z kamienną twarzą, powie kilka bezwzględnie brzmiących słów wzmocnionych bezdusznymi liczbami. Usprawiedliwiając się, wskaże na sytuację gospodarczą na świecie. Zapadnie ponura cisza.
Zgromadzeni na Forum w Krynicy ekonomiści zaczną wyjaśniać. Uwarunkowania, zachowanie rynków, ratingi, kursy i wpływy. Dzięki ich hermetycznemu językowi uznamy kryzys za kolejne zjawisko, które istnieje, ale o którego mechanizmach nie wiemy nic. I oswoimy je przez to, jak bozon Higgsa, technologie wydobycia gazu z łupków czy szereg innych zjawisk.
Potem opozycja wytknie rządowi błędy i cała na biało zapowie zlikwidowanie kryzysu specjalną ustawą. Złoży jej kilka projektów, zapewne zaproponuje też zaostrzenie kar za coś. Rządzący zacisną zęby, zaproponują zaciśnięcie pasa i powiedzą, że to bzdury, bo nie ma innego sposobu na przetrwanie niż ten, który proponują oni.
My zaś będziemy to bezradnie obserwować.
A złe przeczucie będzie się realizować.
Nie cierpię tego.