Kierowca wziął odpowiedzialność na siebie. Przyznał, że nie zauważył znaku i dlatego wjechał pod wiadukt z dużą prędkością. Prokurator zażądał dla niego kary dwóch lat więzienia w zawieszeniu na pięć lat oraz zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych przez pięć lat. Wyrok w tej sprawie wydany zostanie 12 listopada.
Do wypadku doszło 27 marca. Kierowca wiózł szkolną wycieczkę wysokim jednopiętrowym autokarem. Mężczyzna źle ocenił wysokość wiaduktu i wbił się w jego sklepienie, zrywając dach autobusu niemal do połowy. Rannych zostało ponad 30 pasażerów, w tym siedmiu z nich odniosło poważniejsze, ale nie bardzo ciężkie, obrażenia.
Tuż po wypadku do szpitali trafili nie tylko pasażerowie autobusu, ale i sam kierowca, który przeszedł załamanie nerwowe. Po wyjściu ze szpitala Czesław G. przyznał się do stawianych mu zarzutów.
Biegli ustalili, że za wypadek odpowiada nie tylko kierowca - droga dojazdowa i sam wiadukt były bowiem źle oznakowane. Zabrakło znaków zakazujących wjazdu pojazdom o określonej wysokości. Postępowanie w tej sprawie prowadzi prokuratura w Wałbrzychu. Do końca roku śledczy mają zdecydować czy i kto usłyszy zarzuty za to zaniedbanie.