Musi uważać i to bardzo, bo w końcu łakomym kąskiem jest nie tyle on sam, ile jego wyborcy. A jeśli będzie czekał długo i żądał zbyt wiele, to Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński zaczną go po prostu omijać i zwracać się bezpośrednio do głosujących. Nie ma się zresztą co łudzić - i tak będą to robić, bo zgodna opinia socjologów jest taka, że poparcie przegranego kandydata jest ważne, ale wyborca ma swój rozum i swoje kaprysy i niekoniecznie musi posłuchać tego, na którego głosował.
Na razie jednak lider lewicy może pławić się w ciepłocie gestów, spojrzeń i słów, które słyszy od kandydatów PiS i PO. Jarosław Kaczyński deklaruje, że nie będzie używał sformułowania "postkomuniści", Komorowski wylicza, co już dał lewicy, PiS sławi swój program socjalny i mówi, że w gruncie rzeczy to jest trochę lewicowy, Platforma z kolei opisuje, na jakie to ustępstwa ideologiczne może liczyć z jej strony SLD. To wszystko dzieje się jawnie, w ukryciu pisane są natomiast scenariusze polityczne, a w nich - ciekawie i nieco egzotycznie - koalicja: wszyscy przeciw PO, jeśli wygra Kaczyński - albo SLD zamiast PSL w razie wygranej Komorowskiego.